Rozmawiamy z Fiszem o jego nowej płycie i dawnych inspiracjach

26.08.2016. Warszawa. Fisz bartek waglewski . Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

W połowie października do sklepów trafi najnowszy krążek projektu Tworzywo „Drony”. Zanim to nastąpi, postanowiliśmy spotkać się z filarem tego składu – Bartkiem Fiszem Waglewskim, by podczas przejażdżki rowerem porozmawiać o świecie, nad którym latają drony, i pieśniach, które niczym drony wybrzmiewają jeszcze długo po tym, gdy się kończą. I choć mieliśmy się skupić na teraźniejszości, trasa naszej wycieczki prędko skręciła w przeszłość. Ale to właśnie o zmianach jest najnowszy album wokalisty, więc wolta przydarzyła się nam w dobrym momencie. To czas szczególny również dla „Aktivista”.

200 numerów to nie lada jubileusz. Trzeba go obchodzić z pompą; objeść, opić, ośpiewać i otańczyć, opalić, okrzyczeć i… opisać. Z uwagą też trzeba podejść do zawartości numeru i rozważnie wybrać bohatera do rozmowy. Bo nie dość, że powinien on robić aktualnie coś intrygującego, to jeszcze fajnie by było, by cała jego droga twórcza bliska była naszemu podejściu do robienia magazynu. Musi więc to być ktoś, kto na scenie istnieje grubo ponad dekadę, pozostaje konsekwentny i wierny swoim zasadom, a równocześnie nieustannie się zmienia i wymyka kolejnym, sztucznym kategoryzacjom, ktoś, kto wyrósł na miejskim fundamencie, ale jego myśli potrafią szybować hen ponad blokami. Ktoś, kto dba o korzenie, a jednocześnie ze swadą patrzy w przyszłość. Ktoś, komu w duszy gra hip-hop, w podejściu do świata ma coś z punk rocka, a jego serce bije w głębokim dubowym rytmie. Ktoś, kto wszystkie te swoje niszowe zajawki potrafi ubrać w przystępne, aktualnie modne ciuchy. Ktoś taki jak… Fisz, artysta, który spełnia wszystkie powyższe wytyczne i z którym osiem lat temu przeprowadziłem do „Aktivista” swój pierwszy wywiad w życiu. Wysłałem mu wtedy mailem kilka nieporadnych jeszcze pytań i niepewnie czekałem na odzew. Odpowiedział oszczędnie, ganiąc elegancko mój młodzieńczy radykalizm i pisząc rzeczy, które dziś – z perspektywy czasu – wydają mi się tym bardziej interesujące. Bartek Waglewski wspominał wówczas bowiem o tym, że organizatorzy dużych festiwali nie są szczególnie zainteresowani polskimi artystami, „młodzież nie słucha już hip-hopu” i że aktualnie grywa z bratem na „żywych” instrumentach „brudny garaż po bluesowych skalach”, który kiedyś może wyda. I kiedy z nutą nostalgii w głosie czytałem to sobie kilka tygodni temu, w roku, w którym krajowa alternatywa jest coraz częściej wpisywana na plakaty równej wielkości czcionką jak zagraniczni headlinerzy, polski rap okazuje się siłą większą niż popowy mainstream, a projekt Kim Nowak ma już na koncie dwie płyty. Teraz wiedziałem, że tym razem na pewno musimy się spotkać. I że gadać na pewno będziemy mieli o czym, bo czy to jubileusz czy nie, tematów do rozmowy zebrało nam się przez lata co niemiara. Tematy te pojawiały się przecież z każdą kolejną płytą Waglewskiego i każdym następnym numerem „Aktivista”.

26.08.2016. Warszawa. Fisz bartek waglewski . Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Między dziś a kiedyś

Jako że właściwie wszelkie obchody skłaniają ku nostalgii, a nasze ustalenia co do wywiadu zmieniała redakcja i managerowie, trochę za naszymi plecami pojawił się pomysł, żebyśmy spotkali się na Imielinie. To tu narodziła się macierzysta ekipa Fisza – RHX Skład, to tam mieszkał on przez lata. Bartek – przyzwyczajony zapewne do pytań o jego rzekomy rozbrat z hip-hopem, o którym sam go też kiedyś zapytałem – nie był zachwycony tym pomysłem. Dotarła do mnie informacja, że nie chce spotykać się w blokowym pejzażu, ma zamiar rozmawiać o teraźniejszości, nie przeszłości i może się wybierzemy na wspólną przejażdżkę rowerem po mniej miejskich, a dziś mu bliższych Kabatach. Bicykl jest moim codziennym środkiem transportu, więc nie mogło być  lepiej. W jeszcze ciepłe, jesienne przedpołudnie zacząłem się toczyć aleją KEN na spotkanie. Na miejscu czekali już wydawczyni i manager,  w dosyć oficjalnej atmosferze przypomniałem sobie o niepokoju, który towarzyszył mi, gdy czekałem na odpowiedzi Bartka osiem lat temu. Kiedy jednak mój rozmówca pojawił się pod kawiarnią na swoim nie najnowszym już holendrze, jego „obstawa” niepostrzeżenie zniknęła, a rozmowa – jak tytułowe „Drony” – zaczęła ciągnąć się i meandrować pomiędzy dziś a kiedyś. Bo choć obecnie słowo to kojarzy się z niewielkimi maszynami latającymi, to w muzykologii oznacza ono długo rezonujący dźwięk, który wybrzmiewa w nieskończoność w przestrzeni utworu „długą, nieco żałobną nutę” – jak określił ją sam Fisz, gdy wspomniałem mu o swoim pierwszym skojarzeniu dotyczącym tytułu najnowszego albumu Tworzywa. – Każda kolejna płyta to dla mnie opowieść o tym, co dzieje się dokładnie tu i teraz, o momencie, w którym się znajdujemy dzisiaj – mówi  Bartek, mrużąc oczy w słońcu. Zastanawiamy się, dokąd pojechać na początek tego wywiadu-wycieczki. – Nie jestem zbyt sentymentalny, jeśli chodzi o nasze dokonania. Nawet jeśli na koncertach ludzie domagają się starych hitów, to mi często trudno się do nich odnieść, bo… zupełnie nie wiem, o co mi w nich chodziło. Bywa, że w trasie, jadąc busem, wspominamy sobie z Piotrkiem (Waglewskim, Emade, bratem i partnerem artystycznym Fisza – przyp. red.) nasze muzyczne początki, te metalowe płyty, których słuchaliśmy, i czasy już dawno minione. Wtedy obaj mieliśmy długie włosy, mój brat koszulkę Kreator i bardzo przeżywaliśmy tę muzykę. I choć całą scenografię przypominam sobie stosunkowo łatwo, to emocje, które wtedy przeżywałem, jest mi odtworzyć dużo trudniej. Inaczej już dzisiaj żyjemy, inne rzeczy nas wkurzają, inne wydają się efekciarskie, innych rzeczy też słuchamy. Cały czas jednak jest między nami napięcie i nie chodzi tu o braterskie naparzanki, ale o to, że Piotrek przekonuje mnie do rzeczy, które mnie zupełnie nie interesują, i na odwrót. To słychać na każdej kolejnej płycie. To fuzja wywodzących się z hip-hopu produkcji Piotrka i moich tekstów, sposobu ich opowiadania. To są dwa światy, które składają się na nasze brzmienie – tłumaczy. I choć mieliśmy jechać za miasto, to już ta pierwsza pełna wątków i tematów do rozwinięcia, wypowiedź Fisza zmienia nasze plany. Jedziemy na Imielin, pod blok, w którym wychowywali się z bratem, w którym dzielili pokój i pierwsze muzyczne zainteresowania, w którym wszystko się zaczęło, gdy jeszcze nie latały drony.

Czysta moc

– Ilekroć przejeżdżam przez moje podwórko, to mam wrażenie, że jestem zupełnie inny niż wtedy, ale nadal jest tu coś takiego, że najchętniej bym rzucił rower, poszedł na górkę i pograł w piłkę – z nutą nostalgii w głosie stwierdza Bartek, gdy dojeżdżamy na ulicę Kulczyńskiego. Cienie drzew kładą się na niskie, czteropiętrowe bloczki, rowery lądują na zboczu górki, a my zagłębiamy się dalej we wspomnienia.  – We współczesnej popkulturze nieustannie ukrywa się starość, jakby jej nie było, a wielu starszych ludzi mówi o tym, że jedyne, co się zmienia przez lata, to ciało, które odmawia posłuszeństwa. Duch jest taki sam i chce tego samego. Chce iść na górkę i pograć w piłkę. I tak też trochę jest z tym całym muzykowaniem – stwierdza Fisz, potwierdzając zaraz swoją tezę historią z dzieciństwa: – Na samym początku mieliśmy z bratem i trzema kumplami zespół, który nazywał się Five Kinds of Happiness. Przeglądając jakieś książki, trafiliśmy na starą chińską legendę i jako że było nas pięciu, to – z dzisiejszej perspektywy ciut pretensjonalne – przyjęliśmy taką nazwę. Swój pierwszy koncert graliśmy w Remoncie, gdzie był organizowany przegląd Szczypiorek. Bardzo fajna inicjatywa – wysyłało się demo i jeśli się spodobało, to można było zagrać koncert. Ja miałem wtedy 15 lat, Piotrek – 12 i w „Sztandarze Młodych” ukazał się nawet artykuł o młodym perkusiście w naszym składzie. Wyglądaliśmy, jak dzieciaki wyciągnięte z piaskownicy, chudzi tacy, w spodniach już szerokich, bo to był taki czas, że wszystko już zaczynało się mieszać – Rage Against the Machine, Beastie Boys – nie było jeszcze tej ortodoksji hiphopowej, ale już coś świtało. Mieliśmy swoje riffy, ja rapowałem w wymyślonym języku, ale z całego tego wydarzenia pamiętam tylko jedno – bo choć zawsze byłem introwertykiem, to wychodząc na scenę, zupełnie o tym zapominałem, czułem na niej dokładnie to samo, co teraz. Wszystko nagle się zatrzymuje; jak jest dobry koncert, to skupienie jest niesamowite, nie pojawiają się żadne myśli, które zwykle krążą wokół jak chmury, jesteś tylko w tym. Nie ma tremy, myślenia o tym, co kto powie, jest czysta moc. Wszystko znika – klasówki sprzed lat, dzisiejsza praca czy inne zobowiązania. To był i wciąż jest za każdym razem kop niesamowity. Nic nie jest w stanie mnie ruszyć, nic nie jest w stanie mnie dotknąć.

26.08.2016. Warszawa. Fisz bartek waglewski . Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Postindustrialny chłód

Siedząc pod rodzinnym blokiem Fisza, przypominamy sobie czasy, w których hip-hop dopiero szykował się do inwazji na światowe osiedla, a pierwsze pomruki tej rewolty dochodziły na krajowe blokowiska najczęściej z ciężkich gitarowych płyt, z soundtracku do filmu „Judgement Night”, płyt Anthrax, Biohazard czy Rage Against the Machine. – Wcześniej to heavy metal był naszym mundurem. Pamiętam, że kiedy ojciec zabrał mnie do Jarocina, po powrocie mówiłem tylko o Wilczym Pająku, który wyskoczył na scenę w całym tym dymie i hałasie – wspomina swoje pierwsze zetknięcie z ciężką, gitarową estetyką Fisz. – Swego czasu Macio Moretti myślał o projekcie „Metalowcy” – chciał zebrać muzyków, którzy kiedyś byli oddanymi metalami i… niestety chyba nigdy tego nie skończył. A szkoda, bo zgromadził już mnóstwo zdjęć przeróżnych osób, których nigdy bym nie podejrzewał, że słuchali takich rzeczy. A my w tej szóstej-siódmej klasie bardzo tę muzykę przeżywaliśmy. To była nasza armia, nasz uniform. Z Piotrkiem mieliśmy wtedy jeden pokój tu na Kulczyńskiego i z początku przechodziliśmy te same fascynacje – Iron Maiden, Motörhead, AC/DC. Później już się kłóciliśmy o magnetofon, bo jak on przynosił Death, to ja mówiłem „ok”, ale czekałem tylko na swoją kolejkę, kiedy puszczę Anthrax. Metal był dla nas wszystkim i miało to na pewno związek z wszystkim legendami otaczającymi tę scenę, które dzisiaj często śmieszą. To działało na wyobraźnię. Większość brytyjskich zespołów wywodziła się też z tych paskudnych, robotniczych miast, wszystko wokół tchnęło metalicznym, postindustrialnym chłodem, wszędzie pełno blachy, kominów czy fabryk, i to mi się bardzo łączyło z moim Ursynowem, który wyglądał na początku jak wielki plac budowy. Do tego nie dało się podchodzić z dystansem czy ironią, to było na śmierć i życie. Pisaliśmy na murach „Depeche Mode is dead” i święcie w to wierzyliśmy. Na osiedlach siedzieli jeszcze gdzieniegdzie starzy punkowcy, ale – choć dziś jest mi pewnie bliżej do The Clash niż Iron Maiden – punk był dla nas czymś starym, umierającym. Szukaliśmy czegoś bardziej radykalnego, mocniejszego.

Coś co dotyczy nas

I o ile ciężkie, gitarowe riffy sprawdziły się w roli czegoś mocniejszego, a od metalowej estetyki trudno znaleźć coś radykalniejszego, o tyle wszystkie zespoły, których bracia Waglewscy słuchali w tamtym okresie posługiwały się instrumentarium poprzedniego pokolenia – gitarami, basem, perkusją – narzędziami ojca. – Na początku byłem bardzo zbuntowany, wydawało mi się, że rap to jest świetny sposób, żeby odciąć się od tego wszystkiego, co robił mój tata – stwierdza syn Wojciecha Waglewskiego, muzyka, od którego spuścizny trudno się odciąć, kiedy samemu wkracza się na estradę. – Lata 80. kojarzyły mi się z bardzo poetycką, zawoalowaną formą, co też oczywiście miało związek z walką z cenzurą i dobieraniem środków wyrazu w taki sposób, by skrywały pewne rzeczy przed nieprzychylnym uchem. My natomiast mogliśmy już wszystko powiedzieć wprost i byłem bardzo szczęśliwy, że odkryliśmy coś, co będzie dotyczyło tylko nas, a nie świata taty – samplery, komputery i hip-hop – opowiada Fisz. Gatunek, którego polska odmiana wykuwała się właśnie na wielkomiejskich osiedlach całego kraju, a rodzinny Ursynów Fisza był w latach 90. jednym z jego najbardziej aktywnych przyczółków. Gatunek, który dziś jest jedną z najprężniej rozrastających się gałęzi rodzimego przemysłu fonograficznego, a jednocześnie wciąż jest od niego niezależny i dla wielu ludzi pozostaje czymś obcym i mało muzycznym. – Rap jest świetnym narzędziem opowiadania wszelkich historii, a także  opowiadania o sobie – mówi  Bartek, kiedy postanawiamy ruszyć dalej, w miejsce, które dziś odwiedza dużo częściej niż podwórko swojego dzieciństwa. – Kiedy nagrywaliśmy pierwsze płyty, mieliśmy sporą świadomość tego, czym jest hip-hop. Jak dużo muzyki miało wpływ na to brzmienie – co to znaczy scena Detroit, scena Nowego Jorku czy Los Angeles, kim był Coltrane i kim byli pierwsi nawijacze z Jamajki, którzy mówili do mikrofonów. Miałem takie dojmujące poczucie, że muszę szukać w tym miejsca dla siebie. Wtedy jednak powstał film „Blokersi” i wszystko niebezpiecznie próbowano wpisać w wątpliwą tezę socjologiczną, która spłycała polski hip-hop. To nie jest tak, że monopol na rapowanie mieli czy mają tylko ludzie związani z ulicą. My zawsze patrzyliśmy na hip-hop jak na wspaniałą muzykę, która zrobiła totalną rewolucję, jeśli chodzi o myślenie o brzmieniu i sekcji rytmicznej. Hip-hop przywrócił – nienawidzę tego słowa, ale wciąż nie mogę znaleźć jego polskiego odpowiednika – groove, muzyka znowu zaczęła bujać. Nie wszyscy jednak zauważyli, za czyją sprawą nastąpił ten przewrót. Często spotykam się z muzykami starszego pokolenia i oni tego nie wiedzą. Ludzie wciąż bardzo stereotypowo podchodzą do tego gatunku, nie lubią go czy wręcz się go boją. W amerykańskiej muzyce natomiast słychać to, że lekcje z niego odrobili wszyscy – od Stinga po The Black Keys. To brzmienie, ten sposób miksowania płyt to dzisiaj standard. A u nas pokutuje wciąż myślenie, że to nie jest muzyka, że sampling to kradzież i że to w ogóle banda nieuków, która próbuje coś tam na komputerze sobie wyklikać. Brakuje mi tej świadomości, że to naprawdę była jedna z największych rewolucji we współczesnej muzyce. Gatunku oczywiście można nie lubić, ale ignorowanie tego, co zmienił, jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe.

 

Czas piosenki

– Rap jest bardzo rozgadany, a ja dziś wolę pieścić słowo. Piosenka daje zupełnie inne pole do popisu, to jest zupełnie inne pisanie. I to jest też coś, czego nigdy nie robiłem – przyznaje Bartek, schodząc na temat własnego podejścia do formy wypowiedzi.  Przez lata na kolejnych płytach nagrywanych z Tworzywem czy też w projekcie Waglewski / Fisz / Emade mocno ewoluowało ono, by na wydanej dwa lata temu płycie „Mamut” przybrać postać dużo bliższą songwritingowi niż hip-hopowi. Bartek głośno zastanawia się nad własnym podejściem do muzyki: – W czasach liceum śpiewający facet z gitarą to był totalny obciach. Z drugiej strony zawsze mi było blisko do dokonań takiego np. Morphine, zespołu, dla którego śpiewanie było pretekstem do opowiadania konkretnych historii. Ja sam wciąż szukam swoich środków wyrazu, bo też możliwości wokalne, które mam, nie są zbyt duże. Ale nie kalkuluję na chłodno. Po prostu łatwiej jest mi dzisiaj opowiedzieć o sobie za pomocą piosenki. Ale też nie jest tak, że do gadania czy też rapowania już nigdy nie wrócę, bo nie wiem, co się będzie dalej działo. Mam tylko nadzieję, że nie dopadnie mnie klasyczny kryzys wieku średniego, i nie zacznę rapować z powrotem o tym co kiedyś – śmieje się wokalista, kiedy dojeżdżamy na wielki plac zabaw, pełen drewnianych konstrukcji i krzątających się pomiędzy nimi dzieci. Dziś Fisz swój czas dzieli między salę prób, koncerty i ukryte pomiędzy blokami atrakcje dla najmłodszych.

26.08.2016. Warszawa. Fisz bartek waglewski . Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

26.08.201Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Czarne myśli

– Kiedy decydowałem się na dzieci – a mam ich trójkę – wydawało mi się, że przyjdą na świat w fantastycznym momencie, kiedy Europa jest wolna od wojen, głodu i innych kryzysów, w okresie wolności. Można podróżować po świecie, wybrać sobie miejsce, w którym chcesz mieszkać. Dziś się zastanawiam, jak to będzie, gdy oni sami będą mieć dzieci, bo coraz częściej nachodzą mnie czarne myśli i na wiele spraw patrzę z rosnącym pesymizmem. I to się odbija w naszych nowych piosenkach, bo choć po pierwszym przesłuchaniu mogą się one wydać łagodne i przyjazne, to ich wydźwięk jest raczej katastroficzny – konstatuje Fisz, kiedy wspominam mu o zaskoczeniu towarzyszącym mi podczas czytania tekstów z niedokończonego jeszcze wtedy albumu. Bo choć forma, którą Tworzywo obrało na swojej poprzedniej płycie, z pozoru może się wydawać bardzo przystępna czy wręcz radiowa, to tematyka utworów nadal ma w sobie wiele metalowego czy rapowego radykalizmu. Co rusz podważa ogólnie przyjęte status quo i tchnie nieufnością wobec otaczającego nas świata. – Rozmawiałem ostatnio z moim przyjacielem Wojtkiem Bonowiczem, poetą, który pojawił się gościnnie na nowej płycie. Zawsze chwalił się tym, że jest jednym z niewielu poetów nastawionych optymistycznie do świata. Ostatnio jednak podczas rozmowy okazało się, że obaj czujemy powiew pesymizmu w naszej ocenie rzeczywistości. I to słychać na płycie – przyznaje Bartek. – Kiedy pisałem teksty, myślałem o wszystkich zmianach, które zachodzą wokół, o gadżetach, które nas zmieniają, i refleksje nie były zbyt budujące. Kiedy rozmawiam z moimi dziećmi, wydaje mi się, że rzeczy, które dla naszego pokolenia były drugoplanowe, dla tych młodych ludzi stają się swoistymi fetyszami. Martwi mnie też to, że polityka, którą się specjalnie nie podniecam, wpycha się dziś w życie z tym czarno-białym, zero-jedynkowym podziałem, który jest bardzo niebezpieczny. Powracają też takie sytuacje, które wydawało mi się, że już pożegnaliśmy – wojny, paramilitarne nastawienie. Czasy są niestety ciekawe. Mówię „niestety”, choć mi się bardzo dobrze żyje i mogę się spokojnie zajmować swoją rodziną i muzyką.

 

Destrukcyjny model życia

– Nie mam problemu z zarabianiem pieniędzy, telefonami, samochodami czy innymi rzeczami, o których śpiewam na płycie. Wydaje mi się tylko, że mamy wpisany w geny jakiś destrukcyjny model życia, i temu się przyglądam. Chodzi mi o fetysz przedmiotu, o to, że rzeczy nieistotne stają się czymś, co wydaje się sensem życia. Ja sam jestem człowiekiem, który bardzo łatwo popada we wszelkie nałogi. Wywaliłem z domu telewizor, bo złapałem się na tym, że siedzę z pilotem i zapominam o ważniejszych kwestiach. I to jest najważniejsze pytanie, które stawia ta płyta – czy potrafimy sobie jeszcze stawiać jakieś granice? „Drony” są właśnie o granicach, o tym, jak się one przesuwają – podsumowuje Fisz, a śmiech dzieci i słoneczna pogoda tworzą kontrast dla mrocznych rejonów, w które skręciła nasza rozmowa. Na koniec Fisz przyznaje: – Nigdy nie zajmowały mnie podziały gatunkowe czy stylistyczne. Bardziej mnie interesowało to, co rodzi się w głowie. Ta harmonia pomiędzy myślą i uczuciami jest niesamowicie ważna. Dokonania twórców muzyki autorskiej, muzyków charakterystycznych nigdy nie są muzyką środka. Jeśli są bardzo łagodne i przyjemne, to albo się je szybciutko wyłącza, bo człowiek nie jest w stanie strawić tego przekazu, albo jest się z tymi płytami do samego końca, na śmierć i życie.

foto: Albert Zawada