Do biegania podchodzę bardzo intuicyjnie i zdroworozsądkowo. Mam 40 lat i nie jestem sportowcem, tylko muzykiem. Mam rodzinę, dzieci, pracę zawodową i szereg innych obowiązków, więc muszę układać wszystkie te puzzle tak, by móc trenować. Bieganie sportowe przeplatam „kursami” do celu. Często biegnę do klubu lub z powrotem albo na zakupy do Hali Mirowskiej. I choć jest to niekiedy cwał kozicy górskiej, bo muszę się cały czas rozglądać, czy nie chce mnie upolować jakiś samochód czy rower, to w ten sposób łączę przyjemne z pożytecznym. Moją ulubioną trasą – tak jak pewnie większości warszawskich biegaczy – jest jednak praski brzeg Wisły, tzw. dzika ścieżka. Drugą jest kurs na Ursynów kończący się na Kopie Cwila. To taka moja filmowa podróż. Zawsze kojarzy mi się z wyprawą Hobbita wchodzącego na samotną górę – w momentach kryzysowych wyobrażam sobie, że gonią mnie orki, a na szczycie elfy grają na fujarkach. Warszawa zawsze wydawała mi się nieprzyjemna do chodzenia, poszarpana i trudna do przemieszczenia się z jednego miejsca w drugie, jednak od kiedy zacząłem po niej biegać, wszystko wydaje mi się bliższe. Nie tylko jeśli chodzi o dystanse, również bliższe człowiekowi.
Biegam naturalnie
Przez lata trenowałem kickboxing, w którym nad wytrzymałością pracuje się także biegając i co ważne – robi się to boso. W ten sposób wyrobiłem sobie technikę, która była dla mnie czymś naturalnym. Dopiero kiedy zacząłem biegać z innymi, uświadomiłem sobie, że to jednak specyficzny sposób biegania. Zacząłem zgłębiać temat i szukać informacji, w końcu trafiłem na książkę „Urodzeni biegacze”. Jest to historia indiańskiego plemienia Tarahumara, które postanowiło walczyć z białym najeźdźcą zupełnie inną taktyką – zamiast walczyć jak Apacze, ukrywali się i uciekali. Dzięki temu trudno było ich wybić. W tej książce znalazłem definicję biegania naturalnego – polegającego na poszukiwaniu harmonii, na skupieniu się na otoczeniu i uważnym stawianiu stóp; na znajdowaniu w tym radości, a nie dawaniu sobie wycisku i pakowaniu się w kolejny kierat. To pewnego rodzaju medytacja, podobna trochę do jogi, która ma cię otwierać, a nie stawiać przed tobą kolejne wyzwania. Założyłem stronę na Facebooku „Biegam naturalnie”, gdzie promuję takie podejście. Od niedawna także pomagam ludziom przypomnieć sobie ten stary sposób biegania, układam im plany treningowe i razem pokonujemy trasy przystosowane do ich możliwości.
Więcej o ulubionych miejscówkach Norbulla przeczytacie w najnowszym numerze Aktivista
