Gdybym wykazał się refleksem w redakcyjnym wyścigu po zrecenzowanie zeszłorocznego „To Pimp a Butterfly” Kendricka Lamara, miałbym szansę dołączyć do pokaźnej watahy dziennikarzy stawiających marmurowe pomniki najzdolniejszemu raperowi ostatnich lat. Świeżo wydane „untitled unmastered.” to zbiór utworów powstałych w czasie sesji nagraniowych do magnum opus tego MC pochodzącego z Compton. Tych niepozornych 35 minut nie tylko daje wgląd w proces twórczy, ale także pozwala na chwilę wytchnienia w oczekiwaniu na kolejne wydawnictwo ulicznego poety. Pokazuje go w luźniejszym, mniej konceptualnym wydaniu.
Pod względem produkcji to niezatytułowane wydawnictwo wydaje się mocno nieoszlifowane, spowite kłębami gęstego barowego dymu, przez który przedzierają się gościnni wokaliści oraz uduchowione saksofonowe solówki przywodzące na myśl najbardziej inspirujący okres w twórczości Pharoaha Sandersa. Kendrick porusza się w tych oparach niczym ryba w wodzie, płynnie przechodząc od natchnionych (czasem nieco agresywnych) kazań wprost do niezobowiązujących wygłupów.
„untitled unmastered.” to nie tylko przyjemny prezent dla fanów, Lamar pokazuje tą płytą, że świetne utwory wypluwa z siebie po prostu ot tak. Przede wszystkim jednak jawi się jako postać na wskroś autentyczna – obdarzona czujnym uchem i otwartą głową wypełnioną setkami myśli, którymi warto się podzielić.

