Artystyczny boom trwa w najlepsze. Przybywa muzeów, galerii, kolekcji, a wraz z nimi ludzi. Coraz młodszych. Otwierają galerie, zarządzają w ważnych instytucjach kultury i zacieśniają relacje z artystami. Style są różne. Cel jeden. Opowiedzieć o sztuce.
Kurator, czyli właściwie kto? Ten, kto wymyśla koncepcję czy tylko rozwiesza obrazy na ścianach? Kurator to zawód enigmatyczny, który na domiar złego bywa mylony z kustoszem. Niesłusznie. Kurator jest jak reżyser, decyduje o tym, co oglądamy, co powinno się nam podobać, kreuje gwiazdy, ale potrafi też w jeden dzień zniszczyć artystę. A wszystko to robi po cichu, zamknięty w galeryjnych ścianach.
Ciasne, ale własne
– Zakres obowiązków kuratora prywatnej galerii? – Michał Suchora, który od dwóch lat wraz z Justyną Kowalską i Tomkiem Platą prowadzi galerię BWA Warszawa, powtarza moje pytanie ze śmiechem. – Nie ma czegoś takiego. Kurator we własnej galerii robi wszystko. Wymyśla koncepcję wystawy, negocjuje z kolekcjonerem, pisze teksty, ale też mediuje z artystą, stawia ścianki i otwiera wino na wernisażu. Ten zawód wymaga elastyczności i dyplomacji. Często własne ego trzeba schować do kieszeni. Nie ma tu jednej zasady postępowania. Nie da się zrobić wystawy przez maila. Galeria to żywy organizm. Trudno nawet operować tu takimi hasłami, jak klient, widz czy pracownik. Wszyscy gramy do jednej bramki – tłumaczy Michał, który na Facebooku zamiast własnego zdjęcia ma portret Leo Castellego, najsłynniejszego nowojorskiego galerzysty XX wieku. Suchora pierwszą galerię otworzył w wieku 20 lat, więc wie, o czym mowa. Początki nie były łatwe, ale poznańskim zwyczajem uparł się i osiągnął swój cel. – Sztuką interesowałem się od dziecka. W szkole wygrywałem olimpiady, w domu ślęczałem nad kolejnymi tomami „Sztuki świata”. Brakowało mi tylko pewności siebie. Kiedy zaczynałem studia, nie widziałem różnicy między kustoszem i kuratorem. Chciałem robić wystawy, ale nie wiedziałem, jak się do tego zabrać – tłumaczy. Na szczęście ciężka praca i kilka zbiegów okoliczności zrobiły swoje. W efekcie nieśmiały chłopak stał się współwłaścicielem galerii i laureatem konkursu kuratorskiego Bielska Jesień. Jak na tak młody wiek, całkiem niezłe osiągnięcia. Zanim stworzył własne miejsce, przez pewien czas pracował w Królikarni. – Pod względem samopoczucia to był najlepszy okres w moim życiu. Niestety praca w instytucji to nie tylko wolność artystyczna, ale też spora zależność. Kiedy w mojej galerii jest brudna podłoga, to ją sprzątam. A w instytucji musiałbym czekać do rana na sprzątaczkę. Ten prozaiczny przykład dobrze obrazuje pracę w muzeum, gdzie wszystko musi być zrobione do przysłowiowej 17. Nie mam instytucjom tego za złe, ale to nie miejsce dla mnie – opowiada. Mimo że rynek sztuki kwitnie, a BWA Warszawa świetnie sobie radzi, to własny biznes nadal jest dużym ryzykiem. Kurator musi zgrabnie lawirować między ambicjami artystycznymi a preferencjami odbiorcy. Granica jest cienka, ale nigdy nie wolno jej przekroczyć. Za to satysfakcja z udanej wystawy czy sprzedanej pracy – ogromna. – Marzy mi się, żeby artyści związani z BWA Warszawa mogli żyć tylko ze sztuki – mówi. Jak widać, wyzwań w tej pracy nie brakuje. – Żeby przyciągnąć kolejne nazwiska, trzeba robić coraz lepsze wystawy. Często artyści potrzebują kogoś w rodzaju doradcy, suflera, kto da ostatnie szlify ich pracy. Bez wartości dodanej w postaci tekstu kuratorskiego część dzieł byłaby zbyt hermetyczna. My stoimy gdzieś między dziełem a odbiorcą – tłumaczy. Przeszkodą w twardych negocjacjach bywa też młody wygląd Michała. Co prawda, jest z tym lepiej, od kiedy ściął dredy, ale wciąż zdarzają się sytuacje, jak ta, kiedy jedna z najważniejszych polskich kolekcjonerek nazwała go „szczypioreczkiem do przytulania”. Choć z tym przytulaniem akurat miała sporo racji. Kurator nie istnieje bez powiązań towarzyskich. Tego lata Michał zorganizował nawet wyjazd powernisażowy dla artystów, kuratorów i kolekcjonerów. – Kiedy na rauszu wskoczysz z kimś do jeziora, od razu łapiesz z nim inny kontakt – śmieje się Michał. W naszej pracy jak w żadnej innej liczą się relacje interpersonalne i zwykła ludzka zażyłość. Suchora w swojej galerii, oprócz sprawdzonych nazwisk, takich jak Adam Adach, Nicolas Grospierre, stawia na młodych artystów, np. Ewę Axelrad. Głównie dlatego, że ludziom z tego samego pokolenia łatwiej się dogadać, mają podobne doświadczenia kulturalno-wizualne i odbierają na tych samych falach. – Robienie wystawy nieżyjącym artystom to zupełnie inny rodzaj pracy. Mnie interesuje kontakt z człowiekiem. Lubię czuć, że mam wpływ na to, co pokazuję. To wyzwala kreatywność – tłumaczy, odbierając kolejny telefon. Kurator to nie kustosz. On nigdy się nie nudzi.
Cały artykuł dostępny w naszym magazynie.

