Tym razem na OFFa patrzymy oczami naszego niezrównanego w krytyce dziennikarza – Rafała Rejowskiego. Upał nie dał mu się we znaki i do końca festiwalu zachował hejterską trzeźwość. Jest surowy, ale potrafi też pochwalić. Zobaczcie, kto przyprawił go o dreszcze pod sceną..
Girls Against Boys
Zaczynali jeszcze w słońcu, ale skończyli o zmroku – waszyngtońska formacja #GirlsAgainstBoys słynąca z ciężkiego brzmienia dwóch gitar basowych była świetnym wprowadzeniem do Offa dla tych z nas, którzy dotarli na festiwal trochę później. Jej wokalista, #ScottMcCloud to prawdziwy pupilek niezalowej publiki. Przyjeżdżał do nas parokrotnie ze swoim side-projectem Paramount Styles, a jego piosenki – proste, intensywne wręcz natarczywe – są znakiem szczególnym obu kapel. Ze sceny leśnej popłynęło wiec prawdziwe męskie granie – szczere mocne i bezkompromisowe, bez ozdobników ale również bez niepotrzebnej brutalności.
Zbigniew Wodecki i Mitch&Mitch
Sądziliśmy że to wygłup, albo nadęta hipsterska zajawka, a tu jakież przyjemne zaskoczenie! Występ Zbigniewa Wodeckiego z grupą Mitch&Mitch okazał się najfajniejszą niespodzianką festiwalu. Posiadacz największej czupryny w polskim showbizie wciąż dysponuje wspaniałym głosem tak jak blisko czterdzieści lat temu, kiedy nagrał swój debiut. To właśnie repertuar z tamtych czasów zaprezentował. Rozmach, niesamowita melodyjność i piękne aranże – wszystko to udało się wyeksponować rozbudowanemu składowi, do którego dołączył kwartet smyczkowy i uroczy damski chórek. Pojawiające się tu i ówdzie jazzrockowe improwizacje zabierały kompozycje na krótkie, acz zupełnie nie męczące wycieczki poza piosenkowe formy. Niekończące się brawa i prośby o bis publiki zebranej na największej festiwalowej scenie nie pozostawiały wątpliwości, że był to występ wręcz historyczny.
Smashing Pumpkins
Ci zaś, których wszyscy wyczekiwaliśmy srodze nas rozczarowali. #TheSmashingPumpkins, bogowie amerykańskiego panteonu muzycznego lat 90., dali koncert tak słaby, że zachwycił on tylko i wyłącznie bezkrytycznie nastawionych fanów. Teatr jednego, znudzonego czy też zblazowanego aktora, traktującego protekcjonalnie zgromadzoną, rozkochaną w nim publiczność. Aktora otoczonego ludźmi – cieniami (z oryginalnego składu pozostał tylko Billy Corgan) cichutko realizującymi cel wyznaczony przez wszechwładnego szefa. Magia starego #SmashingPumpkins? Nie żartujmy. Zagonione, zagrane bez polotu, jakby „na odwal się”, a piękne w oryginale „Tonight Tonight” czy „Disarm” wspomagane źle nagłośnionymi smykami z kompa, czy nieciekawy cover „Space Oddity” (wersja pułkownika Chrisa Hadfielda była tysiąc razy lepsza!) pozostawiły niesmak i żal, że mogło być tak pięknie. Paradoksalnie, najlepiej broniły się kawałki z ostatniej płyty „Oceania” – dobrej, ale przecież nie wybitnej. Może dlatego że biorący udział w jej nagrywaniu muzycy byli bardziej zaangażowani emocjonalnie w numery, które współtworzyli…?
Jens Lekman
Romantyczny chłopiec o pięknym głębokim głosie nie miał problemu z wypełnieniem Trójkowej sceny namiotowej. Jego bezpretensjonalny, naturalny sposób bycia i urokliwe piosenki przyciągają nie tylko dziewczyny, chociaż to one najczęściej wzruszają się damsko-męskimi historiami, inteligentnie opowiadanymi przez Szweda. Podszyte nerwem bossanovy lub folkową tkliwością kawałki broniły się zdecydowanie lepiej od tych wymagających nieco orkiestrowego brzmienia. Dlatego chociaż #Jens wprawił wszystkich w doskonały nastrój, nam przyszło ponarzekać na brak pełnego instrumentarium i to nieznośne, wszędobylskie odpalanie dodatkowych tracków skrzypiec czy dęciaków z komputera. Postanowiliśmy to wytępić!
The Walkmen
Indie dla dorosłych, niezal dojrzałych facetów. Muzyka #TheWalkmen to najweselszych nie należy, ale przecież w twórczości nowojorczyków nie ma miejsca na płacz i smutki. Jest za to pasja, nerw i historie do opowiedzenia. Zastawaliśmy się, jak Amerykanie, przy całej introwertyczności swojej muzyki, poradzą sobie z dużą sceną. Wypadli znakomicie! Chociaż dowodzona przez Hamiltona Leithausera grupa to też trochę teatr jednego, w dodatku skupionego na sobie aktora, to emocje, którymi epatują, skutecznie zaraziły całą publiczność. Natarczywe gitary, nerwowe rytmy i elegancki, wiarygodnie przejęty swoimi demonami Leithauser kompletnie nas rozbroiły. The Walkmen od razy trafili na naszą offową listę hajlatsów.
Godspeed You, Black Emperor!
Dziewięciogłowy, ogromny potwór z Kanady o równie przytłaczającej nazwie Godspeed You, Black Emperor! zabrzmiał niewiele mniej donośnie niż występujący dzień później #MyBloodyValentine, a na pewno ciężej i bardziej przytłaczająco. W prawie całkowitych ciemnościach, oświetlani tylko niepokojącymi, czarnobiałymi i sepiowymi grafikami multigitarowi Kanadyjczycy zagrali dwie monumentalne, zdające się rozkręcać bez końca kompozycje o iście orkiestrowym rozmachu i apokaliptycznej atmosferze. Kto po ich nie miał a plecach gęsiej skórki, ten chyba po prostu wcale nie był na ich występie, tylko pił piwko w strefie gastro.
Autre Ne Veut
Gdyby dziesięć lat temu ktoś nam powiedział, że alternatywna publika rozsłuchiwać się będzie w soulu i R’n’B, za nic byśmy w to nie uwierzyli. A jednak. Może za sprawą będącego przecież od kilku lat cool Justina Timberlake’a, z którym przeprosiliśmy się dzięki zabójczym produkcjom Timbalanda? W każdym razie „hipsterskie R’N’B” ma się doskonale, a polska publiczność szturmująca niedawno koncerty How To Dress Weel, czy oblegająca scenę na open’erowym występie Miguela, stawiła się tłumnie w rozgrzanym jeszcze mocno o tej porze namiocie Trójki, gdzie śpiewał #AutreNeVeut. Potężny głos Amerykanina wypruwającego sobie dla nas serce pozbawiał tchu i paraliżował, ale bity nie pozwalały spokojnie ustać w miejscu. I chociaż upał był nie do zniesienia, angażujący występ nie pozwolił na się ruszyć z posterunku pod sceną. Niestety Autre, podobnie jak i Jens, dostaje od nas „karnego kutasa” za brak żywej gitary i klawiszy – większość brzmień oczywiście odpalana była z pudełka. Nie chodzi o to, żeby woził ze sobą Forda i Lopatina, ale na Boga – półplayback jest dobry na Dni Kołacza w Pierdziszewie a nie na międzynarodowym, niezalowym festiwalu.
Super Boys and Romantic Girls
Off pełen wzruszających reminiscencji (Wodecki) i wyczekiwanych reaktywacji? Warszawiacy z Super Girls And Rmantic Boys, którzy dziesięć lat temu zrobili przewrotną, bo raczej nie zawrotną, karierę w drugim obiegu pozostawiając w pamięci fanów pastiszowy „Spokój”, powrócili w tym roku z długo oczekiwaną i płytą i po raz pierwszy od pięciu lat zaprezentowali się na żywo. Elektroniczna perkusja, skompresowana gitara, papadance’owy klawisz i wokale Kostka i Ewy przywodzące złote lata synthpopu z naszym polskim Kapitanem Nemo na czele. Jednak monotonny materiał, oparty o te same brzmienia i podobne patenty kompozytorskie nie do końca sprawdzały się w festiwalowych warunkach – to raczej band do małego obskurnego, zatłoczonego klubu. Dlatego stąd coraz bardziej nerwowo przestępowaliśmy z nogi na nogę w oczekiwaniu na killerski „Spokój” który, jak można się domyślać, warszawiacy zagrali na samym końcu.
