11. już solowy album byłego gitarzysty Red Hot Chili Peppers nie przynosi radykalnych stylistycznych zmian – oczywiście pod warunkiem, że jest się zaznajomionym z pokręconą twórczością tego wybitnego muzyka.
Na płycie przeważają kompozycje z dość melodyjnym śpiewem ukrytym głęboko pod warstwą elektronicznych szaleństw. Tak jest np. w „Shining Desert”, otwierającym całość numerze napędzanym nerwowym rytmem. Nieco bardziej uporządkowaną formułę ma następny w kolejce „Sleep”. Jednak gdzieś w połowie walczykowata melodia znów zostaje poszatkowana polepionymi bitami. Pojawiają się pierwsze (ale nie ostatnie) skojarzenia z twórczością Thoma Yorke’a – solową, spod szyldu Atoms for Peace – i bardziej eksperymentalnymi wycieczkami Radiohead. Syntetycznie brzmiący „Stage” spokojnie mógłby posłużyć za temat przewodni oldschoolowej gry komputerowej. Prawdziwą perłą jest natomiast przepiękna kompozycja „Fanfare”. Jedna z tych, które aż chce się zapętlić i słuchać w nieskończoność. Dyskretne syntezatory, wyrazisty bit i niezwykle delikatny śpiew Johna. Co ciekawe, na całej płycie gitarowe solówki słychać zaledwie w kilku momentach (finał „Cinch”). Żeby nie było zbyt różowo, taki „Run” sprawia raczej wrażenie niedokończonego szkicu, a niektóre bardziej kakofoniczne fragmenty mogą zwyczajnie drażnić. Nie psuje to jednak ogólnego dobrego wrażenia. „Enclosure” to znakomity przewodnik po fascynującym świecie Frusciante.
#JohnFrusciante
#Enclosure
Universal Music Polska
