Film Stevena Knighta to niespełna półtoragodzinny, pasjonujący pojedynek człowieka i losu.
Tytułowy #IvanLocke przypomina starożytnego Syzyfa. Tak jak postać z greckiego mitu, tak i on naiwnie wierzy, że w końcu zapanuje nad swoją dolą. „Wystarczy tylko wcisnąć guzik i trzymać się planu” – mówi przekonany o słuszności własnego myślenia. Ale los to wyjątkowy figlarz. Wystarczyły dwie butelki wina i poczucie samotności, żeby Ivan stracił to, na co harował całe życie. Jedna noc spędzona z kochanką wywróciła jego świat do góry nogami. Bohatera poznajemy, gdy jedzie na porodówkę, gdzie ubiegłoroczna „przyjaciółka” właśnie rodzi jego dziecko. W rodzinnym domu żona leje gorzkie łzy, w pracy koledzy rwą włosy z głowy, bo Locke to ich najlepszy pracownik, bez którego nie powiedzie się jedna z największych w Europie budów. Ale Ivan nie poddaje się. Ukryty we wnętrzu pędzącego auta zarządza wszystkimi i wszystkim na odległość. Z obrazu Knighta emanuje dojmujący smutek. Chociaż postać Locke’a, obdarzonego przyjemną twarzą Toma Hardy’ego, jest skonstruowana tak, by nie wywoływać w widzu litości, to trudno odegnać od siebie złe myśli. Determinacja bohatera budzi szacunek, ale ani ona, ani jego opanowanie i chęć walki nawet przez chwilę nie pozwalają wierzyć, że jeszcze „wszystko będzie dobrze”. Symboliczna podróż Locke’a musi zakończyć się kraksą, ale siedzący za kółkiem mężczyzna wydaje się gotowy na spotkanie z nieuniknionym. Oglądanie jego przeprawy na nowo uświadamia, jak niewiele znaczą żal za grzechy i ludzkie starania w obliczu jednego tylko przewinienia. Refleksje te nie wybrzmiałyby, gdyby nie żelazna dyscyplina reżysera. Stosując zasadę jedności miejsca, czasu i akcji, stworzył on jeden z bardziej przejmujących portretów mężczyzny na skraju załamania, który mimo wszystko próbuje zachować twarz i wziąć się za bary z losem. To pojedynek z góry przegrany, ale jakże emocjonujący.
#Locke
(„Locke”)
reż. #StevenKnight
obsada: #TomHardy
USA/Wielka Brytania 2013, 85 min
#Solopan, #11.04
