#SpikeJonze w swoim ostatnim filmie spełnia marzenie każdego geeka. W niedalekiej przyszłości outsiderzy nie będą skazani na mnożenie awatarów na portalach randkowych przy akompaniamencie uspokajającego szumu komputera.
Główny bohater futurystycznej komedii romantycznej #Ona po rozstaniu z żoną, rozczarowany sobą, ludzkością i seks-czatami, bunkruje się w apartamencie ze swoją nową wybranką – systemem operacyjnym OS vel Samanthą. Wyposażony w zmysłowy głos Scarlett Johansson, jest bardziej empatyczny niż HAL 9000 z „Odysei kosmicznej”, nie przenosi wirusów i ma dykcję o niebo lepszą od syntezatora Ivona. Gdy grozi spięcie, można wyłączyć, gdy nudzi o filozofii, da się wepchnąć do kieszeni. Niby idealna aplikacja na miarę egotycznych czasów, ale jest jeden problem – ukochany software ma zaskakująco liberalne podejście do wierności. W tym samym czasie Samantha oddaje swoje cyfrowe serduszko kilku setkom neurotycznych użytkowników. Miłość z science fiction, zazdrość z sióstr #Brontë. Dylematy związane z rozwojem sztucznej inteligencji i granicami człowieczeństwa, które znamy raczej z ponurych wizji cyberpunka, twórca „Adaptacji” i „Być jak John Malkovich” w błyskotliwy sposób przełożył na język słodko-gorzkiej love story. W scenariuszu, który mógłby sprowadzać się jedynie do satyrycznego ujęcia współczesnego wyobcowania, przekonująco wybrzmiewają wątki melodramatyczne – paradoksy cyfrowo-ludzkiego pożycia nie tylko śmieszą, ale mogą też wzruszyć. Jonze jednocześnie udowadnia, że mało który amerykański reżyser potrafi budować równie wciągające alternatywne rzeczywistości. Jego Los Angeles przyszłości to rozświetlone szklane wieżowce (zdjęcia częściowo kręcono w Szanghaju), pastelowe biura rodem z komiksu i dziwaczna moda hipster-retro (Phoenix z potężnym wąsem, w wełnianych spodniach po pachy). W ten oryginalny świat wchodziłoby się nawet chętniej niż do głowy Malkovicha, gdyby oczytana Samantha nie dzieliła się z widzem przemyśleniami godnymi raczej Danielle Steel niż Alana Wattsa.
#Ona
(#Her)
reż. #SpikeJonze
