„Miejskie kolonie, nadmorskie wczasy” trzeba przyznać, że tegoroczne hasło festiwalu #Streetwaves idealnie oddało charakter wydarzenia. Było naprawdę leniwie, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. #Streetwaves trudno do czegokolwiek porównać, bo to festiwal inny od wszystkich. Po pierwsze cały jest za darmo, więc przekrój gości jest szeroki. Co ciekawe w Gdańsku królowały rodziny z dziećmi (o dziwo zupełnie nieprzeszkadzającymi) i młodzi ludzie (ale uff nie hipsterzy). Po drugie zrobiony jest bez absolutnej spiny, czego dowodem może być fakt, że sobotnia impreza w Kurhaus zakończyła się przyjazdem policji, która o wydarzeniu nie została poinformowana. I dobrze. Bo bez taśm, bramek, zespołu sanitariuszy i straży pożarnej bawi się jakby trochę lepiej. Oczywiście bezstresowa organizacja miała swoje minusy: nikt w sumie nie wiedział, kiedy co się wydarzy, czy będzie jeszcze jedzenie i gdzie można zostawić rzeczy. No ale jesteśmy na wczasach, a nie w Warszawie, więc można sobie odpuścić.
Pierwszy dzień festiwalu odbył się we Wrzeszczu Dolnym. Najpierw był relaks w Parku Kuźniczki, ze świetnym koncertem #WildBooks, jedzeniem, które dla nikogo nie starczyło i masą małych atrakcji dla małych i dużych. Mimo, że park sąsiadował z placem budowy, dzięki leżakom, kocykom i nie oszukujmy się, pogodzie udało się tam stworzyć prawdziwie wakacyjną atmosferę. Mi szczególnie spodobał się fryzjer, który leniwie strzygł gości w krzakach. Może nie bardzo precyzyjnie i trochę na wariackich papierach, ale to super przyjemne uczucie obciąć włosy na trawie, a nie w sterylnym zakładzie. We Wrzeszczu oprócz parku, masa wydarzeń działa się przy rondzie Wajdeloty, które skrzywionym warszawiakom od razu skojarzyło się z Placem Zbawiciela. Bo rzeczywiście jest to urocze rondo, z knajpami (na razie jedną, ale za rogiem jest zaraz druga) i jakąś taką miłą małomiasteczkową atmosferą. Zdecydowanie jednak najlepszym wydarzeniem soboty był koncert #Króla na nieczynnym peronie kolejowym Kolonia. Ciepły wieczór, zapach rozgrzanych szyn i metaliczny, uwodzący głos Błażeja. Wakacyjna miłość.
Takich miłości było z resztą więcej, bo jak tu się nie zakochać w koncercie zagranym pod garażami na starym podwórku albo na wielkiej łące, gdzie zagrał #Pablopavo. Trzeba przyznać, że organizatorzy mają świetne oko do miejscówek. Gdańska nie znam dobrze, ale po tej krótkiej wizycie wydaje mi się, że Wrzeszcz to jedna z perełek ukrytych w tym mieście. Prawdziwe wzruszenia przyniósł jednak drugi dzień, który odbył się na Wyspie Sobieszewskiej. W Sobieszewie nie byłam od wczasów pod namiotem z moim pierwszym chłopakiem, które pewnie były ponad 10 lat temu. Dużo się w tym miasteczku zmieniło. Co zabawne, #festiwal odbywał się w ośrodku, w którym my kiedyś nocowaliśmy. Teraz już zamkniętym. Pętla czasu i wspomnień.
#Drogowiec to miejsce bajeczne. Z piękną, przeszkloną stołówką i domkami, w których wracają wspomnienia z dzieciństwa. Kilka z nich na potrzeby festiwalu otwarto i oddano artystom. Fajna koncepcja małych wystawek. Koncepcji było oczywiście znacznie więcej. Niedziela była trochę mniej muzyczna, a bardziej warsztatowo-artystyczna, i leniwa bardzo. Bo w Sobieszewie trudno nie było poczuć lata. Ośrodek od morza dzieli kilka minut spaceru. Wszyscy więc tłumnie poszli poszumieć z falami. Tam z resztą też czekała Streetwavecowców mała atrakcja – mecz siatkówki plażowej z muzyką #MazolewskiTrio w tle i komentarzami m.Bunia. Tu zdania podzielone co do fajności wydarzenia, ale tłum wiwatujący przy każdej skusze pokazał, że nawet taka forma rozrywki może się podobać.
W drodze nad morze można było zobaczyć miejsca nocnych koncertów, które odbyły się w lesie. Szczerze. Nie ma nic lepszego niż słuchanie muzyki wśród drzew. Nawet jeśli nie są to zespoły, które specjalnie się ubóstwia. #Streetwaves wie, jak się sprzedać! Dzień plażowania, opalania, podjadania i grania w mini golfa (cóż za wyczucie wczesnych lat dziecinnych) zakończyła potańcówka w stołówce. Lepiej być nie mogło. Warszawa pewnie nie mogłaby sobie pozwolić na taki Streetwaves, bo jednak dużą zaletą festiwalu jest jego kameralność. I może to i dobrze, że trzeba ruszyć się nad morze, żeby zobaczyć festiwal w innym klimacie. Wyszaleć się, wyszumieć i wrzucić monetę do wody szepcząc, jak na koloniach, „jeszcze tu wrócę”.





