„Trzymajcie się z daleka. Lepiej się tym nie kalać” – brytyjskie media są bezlitosne i prześcigają się w wymyślaniu nieprzychylnych, dyplomatycznie mówiąc, nagłówków, które oddałyby wrażenia pierwszych recenzentów.
„Telegraph” podjął się nawet trudu wyboru dziesięciu najbardziej żenujących fragmentów „List of the Lost”. Wśród nich wyróżnia się między innymi ten: „Whoever put the pain in painting had also put the fun in funeral”. Powieść „List of the Lost”, nad którą muzyk pracował od dwóch lat, ukazała się w Wielkiej Brytanii pod koniec września. To fantasmagoryczny portret Ameryki lat 70., pełen czarnej magii i ezoteryki. Historia skupia się na kilku uczestnikach sztafety, którzy… zostają przeklęci po zabiciu demona.

Osobną kwestią są opisy seksu w powieści. W tej kategorii Morrissey może liczyć na wyróżnienia, bowiem kapituła Bad Sex in Fiction Award ostatnio wydała oświadczenie, że artysta jest zdecydowanym faworytem w tegorocznej edycji. Wszystko dzięki słowu „bulwiasty”, za pomocą którego autor pieszczotliwe określa organy płciowe bohaterów, oraz kilku zdaniom będącym dowodem na to, że Mozz dawno nie uprawiał seksu. Z kolei „NME” starał się dotrzeć zalety książki. Magazyn podkreślał, że:
czytelnicy podczas lektury mogą nauczyć się nieznanych słów, powieść jest krótka, a jej porażka może zachęcić Mozza do powrotu na scenę i nagrywania.
Powstała też teoria spiskowa – artysta z premedytacją napisał fatalną powieść, by sabotować kolekcjonerów cenionej serii Penguin, w której ukazało się „List of the Lost”. Po takiej dawce czarnego PR-u można się spodziewać bestsellera. I kolejnych powieści Mozza. Czekamy na polski przekład!

