Po pierwsze, piszę te słowa, wiedząc, że moja naczelna mogłaby do końca życia jeść wyłącznie pieczywo, a codzienne wyjście na obiad do pobliskiego cateringu LOT-u jest męką nie tylko dla niej, ale dla nas wszystkich, słuchających każdego dnia od nowa, jak wielką ma ochotę na – po prostu – pyszną bułeczkę. Dlatego z Samem muszę się obchodzić delikatnie. Kanapki, pieczywo wypiekane na miejscu, duży drewniany stół na środku sali, przy którym nieznajomi wspólnie zachwycają się genialną kanapką. Czyli taki mały klon popularnej Charlotty. Sam, nawet jeśli boleśnie bije po oczach powtarzalnością, może pochwalić się pysznymi wypiekami, dobrze przygotowanymi kanapkami, dużym wyborem dodatków i bardzo miłą obsługą. Do tego rano (i nie tylko) możecie zjeść tu śniadanie, a ja jako jeden z tych Polaków, którzy po nocach marzą o mieszkaniu w Stanach, kocham jeść najważniejszy posiłek dnia w knajpach. Rozochocony
pozytywami po pierwszej wizycie w Szarlo… w Samie, w trakcie następnej zamówiłem danie obiadowe za 36 PLN. Padło na ryż po tajsku z wołowiną (36 PLN). Dostałem suchy ryż, suche mielone mięso wołowe i trzy kawałki trawy cytrynowej. Za 36 PLN. Czar prysł. Ponieważ pod moim domem jest genialna piekarnia, po co mam wydawać 16 PLN na kanapkę, której największą zaletą jest pieczywo? Kupię u siebie ciemny chleb z oliwkami, masło, pesto, ser i jazda. Zaoszczędziłem właśnie na kanapkę w Charlotcie. [Kacper Peresada]
SAM
Warszawa
