Wbrew pozorom nie jest tak trudno zrobić idealnego steka. Po pierwsze: staranny wybór mięsa, po drugie: dobra sól, po trzecie: dobry grill. Po spełnieniu tych trzech podstawowych warunków powinniście dostać genialny kawał mięsa (oczywiście najlepiej krwisty). Prostoty tego dania świadomi są właściciele Bydła i powidła – pierwszego prawdziwie mięsnego przybytku w Warszawie.
Warto też wspomnieć o designerskim wnętrzu restauracji (nad którym zdążył się rozpłynąć cały #Facebook). Prostoty białych ścian i szkła nie da się nie docenić, zwłaszcza gdy zapach mięsa unosi się w powietrzu. W Bydle sprawdziliśmy dwa dania: burgera, który w ogóle nas nie interesował (bo ile można jechać na tym jednym pomyśle?), i rib-eye’a, który miał zdecydować czy #BeefRestauranth to właściwy podtytuł dla bydlaka. Dodatki do dań podawane są w małych (i większych) słoikach. #Hamburger był bardzo dobry, bułki fajne, chociaż troszeńkę za bardzo przypieczone. #Frytki domowej roboty – na propsie. Podobnie przygotowywany na miejscu coleslaw. Po burgerze przyszedł czas na chwilę prawdy. Rib-eye wyglądał dobrze, pachniał dobrze i krwawił dobrze. W słoiczku obok szpinak i jakieś powidło. A smak mięsa? Bardzo dobry. Nie zmienił mojego życia, nie doprowadził mnie do płaczu z podniecenia, nie uzależnił mnie od tego miejsca. To był bardzo dobry stek, w typowej (dla Polski) wysokiej cenie, podany w ładny, ale niepotrzebnie odciągający uwagę od sedna sprawy sposób. Może zabrzmię jak mięsny purysta, ale świat byłby lepszy, gdyby zamiast silić się na atrakcyjne zaprezentowanie jedzenia, restauratorzy skupili się na przyrządzeniu idealnego steka. Mięso, sól, osiem minut na grillu.
