Ma wszystko
Zaczęło się od kateringu. #BeniaminBielecki i #ZbyszekGawron kulinarne szlify zbierali w dwuosobowej firemce Ma Noże i Może. Teraz chłopaki mają więcej i mogą więcej. Zamiast krążyć ze swoimi dobrami po Warszawie wreszcie zapraszają Warszawę do siebie – do Bibendy. – Wątróbki, biała kiełbasa, jarmuż. No to może pójdzie Mariusz? – podsumowała ich kulinarną propozycję naczelna, niezbyt chyba przekonana. Od tej pory, w ciągu jednego tygodnia, progi nowej knajpki na Nowogrodzkiej przekroczyłem trzykrotnie. Trudno powiedzieć, w czym tkwi sekret. Wnętrze jest dopracowane w najmniejszych szczegółach, ale odkryte cegły i biel gładko wpisują się w obowiązujące mody.
Lokalizacja niby w #centrum, tyle że na niezbyt często uczęszczanym szlaku. Mimo to za każdym razem jadłem, piłem i chciałem więcej. Więc wracałem. #Bibenda to raczej arsenał solidnych przekąsek niż jednodaniowa obiadowa bomba. Warto zamówić kilka rzeczy i łączyć, odrzucając na bok kulturowe podziały. Teksańskie bardzo ostre skrzydełka barbeque (23 zł) najlepiej udobruchać orzeźwiającą arabską sałatką tabbouleh (9 zł), z kaszą bulgur zamiast typowego kuskusu. Do tego jedno z pięciu rodzajów piw (8-12 zł) Swojskie #pulpety z wołowiny (24 zł) z mniej swojskimi orzeszkami #pini można dobrać w parę ze swojskimi pieczonymi marchewkami i pietruszkami z mniej swojskim kwaskowatym sosem z tahini (9 zł). Na koniec biała #kiełbasa (14 zł) – nigdy nie byłem jej wielbicielem, więc zamówiłem dopiero podczas ostatniej wizyty, gdy wiedziałem, że Bibendzie można zaufać. Serwowana z marynowanym porem i na soczewicy nie ma nic wspólnego ze swoją biedną krewną z balkonowego grilla.
#Dania pozornie nie są wymyślne, ale ich tajemnicą są dodatki – jak burak, to kolendra, jak fasola, to ryż i jalapeno, jak beza, to bazylia i campari. Znane, ale nieopatrzone, swojskie, ale nie jak w domu, proste, ale dopieszczone. Tak jak podniebienia gości. Mam już kilka ulubionych pozycji w karcie, kilka czeka jeszcze do odkrycia. #Bibendo, do zobaczenia!

