#Europavox. Brzmi dość dumnie. Prawie jak Eurowizja. W końcu to głos Europy. W małym mieście, w centralnej Francji nie boją się dużych słów. W sobotę zakończył się #festiwal Europavox, który od 10 lat odbywa się w St.Clermont Ferrand. My też tam byliśmy i szukaliśmy głosu pokoleń. Do skutku.
Lubię zagraniczne festiwale, bo nie ma na nich Polaków. Wiem. To okropne zdanie. Nie jestem jednak taką straszną pindą, na jaką by wyglądało. Po prostu lepiej mi się słucha muzyki bez komentarzy wokół (takich, które mogę zrozumieć) i bez całej tej napiętej otoczki. Europavox na pierwszy rzut oka wygląda trochę jak odpust w parafii mojej babci. W środku parku rozstawiona scenka, dookoła stragany z koszulkami, naleśnikami i winem. Dzieci, rodzice i niepozorna młodzież. Piknikowa atmosfera sprzyja muzyce. I pewnie też fakt, że większość koncertów odbywa się za darmo. Nie ma więc mowy o pustkach. Jest tłumnie i wesoło.
Festiwal z założenia ma pokazywać co dzieje się w młodej, europejskiej muzyce. Bez specjalnych ograniczeń gatunkowych czy komercyjnych. Był więc zarówno przesłodzony pop (Stromae), jak i ostry damski hip hop (Linkoban) czy garażowy punk (Baby in vain). Wszystko działo się trochę równolegle, więc jeśli nie spodobał nam się folk, to zaraz obok zaczynał się koncert rockowy. Za głośno? W sali obok jest jazz. Można więc było spacerować muzycznie i pobawić się w łowce talentów. Wśród artystów sporo było reprezentantów niszowych krajów, jak Estonia, Słowenia czy Luksemburg. Z Polski przyjechała Rebeka, która dała dobry i owacyjnie przyjęty koncert.
O wadach festiwalu można by się rozpisywać, ale po co. Zawsze są jakieś niedociągnięcia czy muzyczne pomyłki. W tym roku było ich jednak bardzo mało. Nas, a raczej mnie, najbardziej urzekł zupełnie niepozorny koncert brytyjskiej grupy Fidlay. Natalie, wokalistka zespołu, była absolutnie pijana i uwodziła zachrypnięty, zaczepnym głosem. Nie wiem czy zawsze jej tak wychodzi, czy tylko po alkoholu, ale była naprawdę świetna. Po jej dzikim koncercie, na ukojenie wybrałam się na estoński duet folkowy Odd Hugo. I znowu strzał w dziesiątkę. Ciepło i miękko. Podobnie, jak chłopaki z Girls in Hawaii, choć ci do swojego szarmu dorzucili odrobinę drapieżności. Gwiazdy, czyli francuska mega gwiazda M i Stromae trochę zawiedli, ale chyba już tak z celebrytami musi być. Grali fajnie, ale czuć było, że grają po to, żeby zrobić show a nie dla przyjemności. Ja byłam na festiwalu zdecydowanie dla przyjemności. I taką też znalazłam muzykę. Dla mnie przyjemną.
