Flanerowanie i inne formy kontrolowanego błądzenia

Skoro jest lato w mieście, to idę. Bez konkretnego celu w przestrzeni, ale z chętką na pożywkę, niekoniecznie dla ciałaSpacer to najlepsza metoda na obcowanie z przestrzenią miasta. Zwykły, towarzyski albo nadzwyczajny – włóczęga na wzór Baudelaire’owskiego flâneuraPiesza podróż obserwatora, kolekcjonera wrażeń, który spaceruje, by posłuchać miejskich opowieści. To nie takie łatwe, nie wszędzie da się je usłyszeć i nie każdy to potrafi.

Miasto opowiada poprzez miejsca  takie z charakterem, przeciwieństwa nie-miejsc – mające tożsamość, z którą jesteśmy w stanie nawiązać relację. Nazwijmy je Miejscami. Mamy ich w Warszawie wiele, takich, które nie występują w przewodnikach ani atlasach historycznych. Ładnych lub brzydkich – to nieważne przyciągających ulicznych artystów, miejskich dziwaków, estetów albo miłośników swojskiego syfu.

Miejsca 

Od wieków architekci, niczym alchemicy, trudzą się, by tworzyć z czegoś Miejsca. Czasem to się udaje nieco przypadkiem, bo Miejsca zwykle rodzą się same. Nieoczekiwanie, czasem wbrew założeniom. Architekt Marek Budzyński, autor BUW-u, wskazał kiedyś na fenomen „Patelni” – znanego placyku przy stacji metra Centrum. To bezsprzecznie Miejsce, chociaż ani ładne, ani specjalnie celowe. Wydzielone z otwartej przestrzeni, leży na trasie wzmożonego ruchu pieszego, ale jest coś jeszcze i to coś jest niewypowiadalne. Dlaczego akurat tutaj czujemy silną potrzebę gromadzenia się, wyrażania siebie? „Nie spotykamy się nigdzie, tylko zawsze gdzieś” – napisał inny architekt, Czesław Bielecki. „Patelnia” przyciąga kaznodziejów, wariatów i artystów. Jej ściany zwykle są zamalowane, zazwyczaj muralami niezbyt ciekawymi, ale bywa też galerią sztuki ulicznej. Podaję „Patelnię” tylko jako przykład Miejsca samorodnego, nie lubię tu długo przebywać.  

Wdrapuję się więc na górę, na poziom posadzki tej gigantycznej pustki wokół Pałacu Kultury i Nauki. Skoro tematem rozmyślań jest „architektura i sztuka”, to idę pod Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Jest, widać je. Bielutki, miejski bibelot został skomentowany tak niezliczoną liczbę razy, że już nie trzeba więcej. Chcę tylko zobaczyć, czy projektanci spróbowali zrobić wokół niego Miejsce. Tak! To błogosławiony element inwestycji publicznych – projektuje się przestrzeń publiczną. Miejsca dla ludzi pod gołym niebem. W ramach projektu Placu Centralnego pojawiła się już nowa posadzka placu, sporo zieleni i nawet sadzawka. Są przejścia dla pieszych przez Marszałkowską – super, miasto poznaje się piechotą. 

Jest też wisienka – najbardziej lubię to, jak przebudowano dawną trybunę honorową, z której Bolesław Bierut pozdrawiał nieszczerze wzruszonych ludzi pracy. Potemw październiku 1956 roku, przemawiał z niej Władysław Gomułka. Bardzo się cieszę, że nie rozwalili tego artefaktu małej architektury. Przebudowano go tak, żeby się jeszcze przydał. Dzisiaj gęsto obsadzona zielenią trybuna jest miejscem odpoczynku, spotkań i rozmyślań co dalej. Tak oswaja się historię, nie rezygnując z niej, ale wpasowując ją w wielowartościową tożsamość dzisiejszego miasta. Tak nawozi się Miejsca treścią.

Kultura niezależna

Wypatrywanie czegoś smacznego dla ducha w bezkresie niejadalnego centrum Warszawy bywa satysfakcjonujące, ale nie trzeba się męczyć. Żeby poczuć prawdziwie alternatywny nastrój sztuki nowoczesnej, wystarczy jedynie nieco oddalić się od rejonu Pałacu Kultury i Nauki, by powęszyć. 

Legendarnym już Miejscem jest zespół budynków dawnej szkoły „tysiąclatki” na Emilii Plater 31. Od kilku lat mieści się tu Komuna Warszawa – niezależny teatr eksperymentujący z performance’em, video i muzyką. Ostatnio głośny z powodu zagrożenia eksmisją, jakie zawisło nad nim z powodu prób sprzedaży działki przez miasto pod budowę wieżowca. Komunę Warszawę uratował Mazowiecki Wojewódzki Konserwator Zabytków, wpisując zespół budynków szkolnych do rejestru zabytków. Modernistyczne obiekty powstały na początku lat 60. w miejscu dawnego Ogrodu Pomologicznego. Architekci podkreślali, że teren szkoły będzie nadal rezerwatem przyrody dla mieszkańców Śródmieścia. Konserwator docenił wartości artystyczne, historyczne i społeczne tego zespołu, dzięki czemu uratował działkę od przemiany w kolejną, komercyjną wieżę. 

Teatr Komuna żyje i zaprasza na wydarzenia w trzech kategoriach: teatr/taniec, muzyka i kwartał. Trzecia kategoria to próba realizacji pomysłu stworzenia „Kwartału społeczno-kulturalnego Emilii Plater”. Na zabytkowym terenie, poza teatrem, miałaby znaleźć się Szkoła Zawodów Przyszłości, Centrum Rezydencji Artystycznych i park publiczny. Od niedawna w kolaboracji z Komuną Warszawa działa kawiarnia i galeria sztuki współczesnej Turnus. 

Jest w Warszawie naprawdę wiele ciekawych Miejsc związanych ze sztuką i architekturą, na przykład: jedno z bardziej niezwykłych kryje się kilka minut spacerem od Placu na Rozdrożu. Drewniane domki na Jazdowie powstały w 1945 roku jako tymczasowe osiedle dla pracowników Biura Odbudowy Stolicy, ale zamiast zniknąć po kilku latach, przetrwały osiem dekad. Dziś między ogrodami, uli­czkami i drewnianymi werandami działają organizacje społeczne, pracownie artystyczne, inicjatywy ekologiczne i lokalne kawiarnie. Jazdów jest jednocześnie żywym zabytkiem i laboratorium miejskiego życia – miejscem, gdzie pamięć o powojennej odbudowie spotyka się z ideą miasta tworzonego oddolnie przez mieszkańców. 

Na Marszałkowskiej 115 pewien niepozorny budynek ma podziemia. Zbudowano go kiedyś jako siedzibę Domu Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, dzisiaj znamy go bardziej jako Teatr Capitol. Dwoje młodych artystów, Jerzy Mączyński i Katarzyna Dębska, urządzili w jego piwnicach Miejsce. Sauna nie jest klubem, galerią ani instytucją kultury w klasycznym sensie. Bardziej przypomina autonomiczne laboratorium sztuki współczesnej, muzyki eksperymentalnej i nowych mediów. Twórcy podkreślają ideę dialogu, eksperymentu i ciągłej zmiany formy Miejsca pod wpływem artystów oraz publiczności. 

W dawnej, tymczasowej siedzibie MSN-u na bulwarach wiślanych działa Pawilon Tańca i Innych Sztuk Performatywnych. To przestrzeń dla sztuki ulotnej, dziejącej się raz i niepowtarzalnie w ruchu, obecności i relacji. To miejsce wymyka się tradycyjnym podziałom na teatr, galerię i dom kultury – równie ważne jak spektakle są tu warsztaty, spotkania i działania tworzone wspólnie z publicznością. 

Dla szukających klimatu bardziej surowego, punkowego, w którym alternatywa jest nie tylko estetyką, lecz także sposobem organizowania wspólnoty, jest A.D.A. przy Puławskiej 37. To miejsce polityczne i zakorzenione w tradycji warszawskich skłotów. Wyrosła ze środowiska dawnej Elby i do dziś działa jako autonomiczne, oddolnie zarządzane centrum społeczno-kulturalne. Wszystko opiera się tu na pracy wolontariuszy, zasadzie non profit i przekonaniu, że kultura nie musi być produktem. Na parterze kamienicy przy Puławskiej mieszczą się: sala koncertowa, kino, galeria, pracownia sitodruku, biblioteka, freeshop i miejski ogródek. Jednego dnia odbywa się tu koncert noise’owy, drugiego warsztat rowerowy, a w piątek wspólny obiad dla sąsiadów, aktywistów i osób w kryzysie.  

Podobnych Miejsc, jak te, jest więcej. Daję tylko kilka przykładów, ale prawdziwy flâneur powinien trafić na własne przypadkiem, podczas osobistej włóczęgi. 

Praga – kolekcja niezabitych Miejsc

Po Miejsca alternatywne nawet wobec alternatywy trzeba przeprawić się przez Wisłę i połazić po Pradze-Północ, by zobaczyć relikty proletariackiej Warszawy, niezabite podczas wojny tak jak miasto po lewej stronie rzeki. Tu nie było burzenia wtedy, jest dopiero teraz, choć w zupełnie innych okolicznościach. Zza obdrapanych oficyn wyglądają nowe apartamentowce, a dawne warsztaty ustępują modnym lokalom. Chociaż gentryfikacja pożera po kawałku łobuzerską, swojsko-żulerską Pragę, to ona wciąż stawia opór. To jedna z niewielu części Warszawy, gdzie historia nie została zamknięta w muzeum, lecz nadal mieszka po sąsiedzku. 

Praga nie odsłania się od razu. Trzeba zajrzeć w boczną ulicę, przejść przez bramę, zwolnić. Najciekawsze rzeczy nie świecą tu neonami. Kryją się w podwórkach-studniach, w starych zakładach rzemieślniczych, na klatkach schodowych, które nie zawsze ładnie pachną. Na szczycie mojego rozkładu włóczęgi figuruje królowa praskich ulic – Brzeska. Podobno jest niebezpieczna. A co nie jest? Na pewno nic, co jest naprawdę ciekawe. Bez przesady, ferajna nie gryzie. Nie zaglądajcie im zbyt natrętnie w podwórka, gdzie mają swoje interesy, a będzie git. Pospacerujcie, poszukajcie ducha Miejsca. Chociaż nie ma już na Brzeskiej nieodżałowanego klubu Offside, to wciąż można zjeść pyzy albo flaki na skraju obumierającego Bazaru Różyckiego. Wciąż jest mural z gęsią i zwierzątkami autorstwa włoskiego artysty Diego Miedo. „Wielka Gęś” nie opowiada o historii ani polityce. To raczej miejska bajka namalowana wspólnie z praskimi dzieciakami. Biała gęś prowadzi przez ścianę korowód fantastycznych zwierząt i dziwnych stworzeń, jakby ktoś otworzył wyrwę między podwórkiem a światem wyobraźni. 

Na wieczorne koncerty, raczej rockowo-folkowe, wystarczy przejść na sąsiednią Ząbkowską, zajrzeć do którejś z licznych knajp. A Offside nie umarł całkowicie, odżył niedaleko, w nowej lokalizacji na Wileńskiej – w dawnym rejonie działania artysty Pawła Althamera. Znajdziecie tu jego pomnik Kazimierza Deyny albo Pana Gumę – praskiego żula na sprężynie. 

Można zobaczyć wszystkie z opisanych tu Miejsc. Można też nie odwiedzać żadnego. Ważniejsze jest coś innego – mieć gotowość do miejskiej włóczęgi. Zajrzeć do bramy, wejść do budynku, którego wcześniej się nie zauważało, usiąść na chwilę tam, gdzie inni tylko przechodzą. Ciekawa Warszawa, taka dla smakoszy, nie mieści się na liście atrakcji. Jest siecią Miejsc, historii, niezwyczajnych ludzi i przypadkowych spotkań w szczelinach pomiędzy klockami wielkiej scenografii do „tętniącej życiem, nowoczesnej stolicy”. 

 

 

Zdjęcia: JAN WALCZAK

-->