Zaczyna się niepozornie. Piękny alpejski krajobraz i pozująca do zdjęć rodzina, na pierwszy rzut oka szczęśliwa. Nawet jeśli jest inaczej, to na ścianie zawsze będzie można powiesić pamiątkę, która utwierdzi w przekonaniu, że „między nami dobrze jest”. Tyle że nie jest.
Szwedzki reżyser Ruben Östlund sygnalizuje to już w pierwszej scenie. Spontaniczność zastępują wystudiowane pozy i uśmiechy. Związek Tomasa i Ebby jest bowiem oparty na takim kompromisie. Nikt nikomu nie robi krzywdy, nikt nikogo nie prowokuje, na dobrą sprawę pewnie nikt nikogo nie kocha. Status quo Östlund przerywa w najbardziej nieoczekiwanym momencie. Na alpejski kurort schodzi niegroźna lawina, w obliczu której mężczyzna bierze nogi za pas. Ebba mogłaby to jeszcze znieść, ale kiedy Tomas nie jest w stanie przyznać się do swojej słabości, w kobiecie coś pęka. To niewinne wydarzenie służy reżyserowi do tego, by pokazać, że nawet na najlepiej wypolerowanej powierzchni mała rysa zawsze będzie widoczna.
Co więcej, z każdym dniem będzie się stawała coraz większa, nie dając o sobie zapomnieć, ilekroć tylko na nią popatrzymy. Östlund pokazuje pustkę, jaka kryje się za prowadzoną przez bohaterów grą pozorów. Czyni to w dwójnasób, bo w „Turyście” chwilami jest śmiesznie (jak w scenie, kiedy mężczyzna histerycznie płacze, wykrzykując, że jest ofiarą), chwilami strasznie. W efekcie dostajemy kameralną rodzinną psychodramę, której siła przede wszystkim tkwi w prostocie.
Szwedzki kandydat do Oscara to film wyjątkowo bolesny, który zostawia widza z pytaniem, jak on by się zachował w konfrontacji z siłą wyższą. [Kuba Armata]

