9 zespołów, na które trzeba mieć oko podczas Spring Breaka i nie tylko

105 artystów, trzy dni i kilkadziesiąt godzin muzyki. Po raz trzeci w Poznaniu odbędzie się Spring Break, festiwal i konferencja, na której prezentują się wszyscy młodzi, zdolni i obiecujący. Ogarnąć to wszystko trudno, więc zrobiliśmy wam małą ściągę z artystów, których w Poznaniu zobaczyć trzeba. Co nie znaczy, że innych słuchać nie warto. To po prostu jest nasz „must”, a reszta wedle gustu.

Bemine
bemine
Kolejny przykład na to, że czego się nie tknie Tobiasz Biliński, to jest to co najmniej interesujące. W przypadku projektu Bemine, w którym muzyk zajął się aranżem i produkcją, miał on ułatwione zadanie, bo piosenki śpiewającej i grającej na instrumentach klawiszowych Joanny Longić to dobry punkt wyjścia do stworzenia ciekawego materiału. Świadczy o tym fakt, że Bemine zadebiutowało w audycji „BBC Introducing” poświęconej obiecującym młodym twórcom. Efekt ich współpracy, wydana rok temu EP-ka „Hopscotch”, przyniósł cztery udane numery, chwytliwe i dobrze brzmiące, aranżacyjnie oszczędne, ale dopracowane.  Dowodem zaś tego, że same kompozycje bronią się w innym anturażu, jest małe wydawnictwo ,„Organic Live”, z kameralnie zaaranżowanymi na kwartet smyczkowy wybranymi kawałkami z „Hopscotch”.
Facebook →

 

Brooks Was Here
Brooks Was Here
Krajowa scena posthardcorowa z każdym miesiącem nabiera rozpędu. Pochodzący z Warszawy Brooks Was Here przez prawie pięć lat szukali właściwej formuły dla swojego prawdziwego potencjału. Zaczynali od materiału na pograniczu screamo i melodyjnego college rocka, by w końcu pod koniec zeszłego roku odsłonić światu swój debiutancki album „III”. To nieco ponad kwadrans pokiereszowanego i bardzo mięsistego grania z napisanymi z głową tekstami po polsku. Tylko dwa numery na całej płycie nieśmiało przekraczają dwie minuty, a skondensowana formuła idealnie współgra z emocjonalną wylewnością frontmana grupy Mateusza Romanowskiego. To będzie najpewniej najmniej wypolerowana i być może najbardziej szczera propozycja, jaką usłyszycie na tegorocznym Spring Breaku.
Facebook →

 

drewnofromlas
drewnofromlas
Ten trójmiejski zespół o jakże uroczej, ekologicznej nazwie puścił mi po raz pierwszy kolega, który choć horyzonty muzyczne ma bardzo szerokie, ostatnimi czasy polubił tempo 160 bpm i chicagowski uliczny sznyt sceny juke/footwork. Kiedy więc z głośników dobiegł ckliwy gitarowy akord i lounge’owy stukot perkusji, doszedłem do wniosku, że na pewno pomylił linki. Z bądź co bądź przyjemnego odrętwienia wybudził mnie wpierw dubowy wystrzał. Potem zwichnięte elektroniczne tropy zaczęły gęstnieć, a perkusja rozpędziła się do tych wyczekiwanych 160 uderzeń bębna na minutę. Kłopotów z przyswojeniem tego materiału, zatytułowanego „Trudne wakacje”, w żadnym momencie nie miałem. Pomorski kwintet szybko urzekł mnie swoim niesztampowym podejściem do muzyki. Progresywnej, acz przystępnej, eklektycznej, acz spójnej, miękkiej, acz energetycznej. I wygląda na to, że nie tylko mnie, bo obie płyty dfl zostały sfinansowane w akcjach crowdfundingowych przez  rosnące rzesze słuchaczy zespołu.
Facebook →

 

JAAA!
JAAA
To, że to trio musimy jeszcze zachwalać, zakrawa na mały skandal. Panowie wystąpili na naszej grudniowej gali rozdania Nocnych Marek i swoim audiowizualnym show skradli cały wieczór. Ich wydany jesienią zeszłego roku  debiutancki album „Remik” to nowatorska propozycja na scenie krajowej elektroniki – pełna dźwiękowych niuansów konceptualna opowieść o tytułowym Remiku, małym chłopcu izolującym się od otaczającego go świata. Wielowarstwowe i nielinearne kompozycje JAAA! przywodzą na myśl, choć to dość łatwe skojarzenie, ostatnie solowe eksperymenty Thoma Yorke’a oraz dorobek Moderat. Tylko że, i nie boimy się w tym miejscu kontrowersji, są one zdecydowanie bardziej interesujące. Trio nie wzięło się jednak z powietrza. Jego członkowie współtworzyli tak różne formacje jak Napszykłat, How How i Contemporary Noise Quartet. Jeśli zdążyliście już się zapoznać z „Remikiem”, to pewnie nie musimy was do niczego przekonywać. Jeśli nie, to pora przestać spać.
Facebook →

 

Niemoc
niemoc
Dysputa o tym, jaki gatunek muzyczny uprawia Niemoc, może się wydać trochę jałowa i pewnie zajęłaby jeszcze trzy podobnej długości paragrafy. Zielonogórskie trio znalazło jednak dla siebie całkiem dobrą łatkę – ukuty przez nich termin „post-wave” dobrze zdradza nowofalowe (także polskie!) inspiracje i instrumentalny, zahaczający czasem o ambient charakter ich kompozycji. Chłopaki z pewnością mają już za sobą kontakt z płytami Klausa Mittfocha czy Aya RL z jednej strony i Harmonii czy The Durutti Column z drugiej. Zwiewna sekcja rytmiczna i syntezatory to prawdziwy powiew świeżości na scenie zdominowanej przez schemat „śpiewająca dziewczyna i chłopiec z laptopem”. Niemoc swoim istnieniem udowadnia przede wszystkim dwie ważne rzeczy: że można być przebojowym, nie korzystając z usług wokalisty, oraz że historia muzyki nie kończy się na podsumowujących rok listach publikowanych na zagranicznych portalach, w co wielu polskich muzyków zdaje się  wierzyć.
Facebook →

 

Pepe.
Pepe.
Jak wieść gminna niesie, Piotr Rajski, wielkopolski producent ukrywający się pod pseudonimem Pepe., zanim zabrał się za muzykę elektroniczną, grał w szerzej nieznanej garażowej kapeli. Może dlatego, kiedy zerka na parkiet, zaczyna czuć melancholię i – jak powiedział w niedawnym wywiadzie dla redbull.pl – błądzi gdzieś po trasie Sub-Pop –  Londyn. Na tym właśnie szlaku sampling spotyka się z żywym instrumentarium, wokal wtula się w szum, a taneczna rytmika tonie w splinie. Jak brzmią zapisy tych eskapad, można się przekonać w zaśpiewanym przez Petera the Pana utworze „Yoko” – rozklekotanej, onirycznej kołysance, dzięki której na niedawnego debiutanta zwróciła uwagę ekipa Flirtini. Pod   szyldem tej wytwórni niedługo ukaże się debiutancka EP-ka Pepe. Czego jeszcze można się spodziewać po pochodzącym z Ostrowa, a zamieszkałym w Poznaniu newcomerze, przekonacie się podczas jego coraz częstszych występów na żywo. „Let the Children Disco”.
Facebook →

 

SOTEI
Sotei
Pod tą nową dla większości słuchaczy nazwą kryje się dwóch dobrze znanych perkusyjnych kombinatorów – bitowy akrobata Teielte i poszukujący bębniarz Sobura. Obaj związani z rodziną U Know Me Records, obaj też mocno zaangażowani w rytmiczną ekwilibrystykę, która wytyczyła dukt dla wszystkich ich solowych nagrań. Ich ścieżki nieraz zresztą przeplatały się na różnych wydawnictwach i scenach, na których występowali wspólnie, choćby jako support podczas warszawskiego występu Flying Lotusa. To, że połączą kiedyś siły we wspólnym projekcie, dla co baczniejszych obserwatorów było więc tylko kwestią czasu. I stało się – samplingowa dezynwoltura producenta, którego album „Homeworkz” stanowi kamień milowy w dziedzinie krajowych „nowych bitów”, zderzyła się z instrumentalnym wolnomyślicielstwem pałkera znanego choćby z występów z Nosowską czy Skubasem. Efektem tego jest jak na razie równie zwichnięty co melodyjny, basowy roller „Opus”, ale dopiero w klubie ten duet dowiedzie zapewne swojej siły i kreatywności.
Facebook →

 

Yoachim
Yoachim-Promo
Swoją muzyczną przygodę Yoachim rozpoczął jeszcze we wczesnym dzieciństwie. I to ona skłoniła go do ukończenia Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach na Wydziale Kompozycji, Interpretacji, Edukacji i Jazzu. Na szczęście w jego przypadku edukacja nie okazała się zbędnym balastem, jak często to bywa, kiedy zamienia ona młodych muzyków w sprawnych instrumentalistów pozbawionych chęci poszukiwania artystycznej tożsamości. Yoachim komponuje, pisze, śpiewa, produkuje. Od kilku lat jest mocno związany z niemiecką sceną klubową, dał się poznać jako zdolny autor remiksów, czego ukoronowaniem był wydany w  2012 r. nakładem Parquet Recordings album „EHC”. W zeszłym roku wypuścił swój pierwszy singiel – nośny, niepokojący, electropopowy „Forest”. Doskonały utwór zapowiada planowaną na ten rok EP-kę „Isn’t That, Gone”.
Facebook →

 

Zimowa
zimowa
Wbrew mroźnej nazwie projekt Zimowa to ciepła elektronika. Aneta Maciaszczyk i Michał Mentel tworzą zawiesiste, gęste od pogłosów, transowe utwory przywodzące nieco na myśl dokonania School of Seven Bells. I podobnie jak Amerykanie, którzy czerpią głównie z elektronicznych brzmień, członkowie Zimowej chętnie przyznają się do inspiracji noise popem i alternatywą przełomu lat 80. i 90. Chociaż w notce o sobie użyli słowa „piosenki” w odniesieniu do swoich utworów,  ja bym tak łatwo nie szafował tym określeniem. To raczej mgliste szkice piosenek, w których nieustrukturyzowanej formie jest dużo siły i uroku.
Facebook →

Dodaj komentarz

-->