Katakumbowy hip-hop w Unity Studio, czyli jak w Sosnowcu tętni życie, którego nie widać

Fot: Mashtophoto

Lokalizacja mieszkań z tej okolicy określana jest w ogłoszeniach jako centrum. W rzeczywistości to jakieś 15 minut piechotą od centrum Sosnowca. Zza ogrodzenia siedziby UPC wyłania się budynek, przypominający szkołę. Duży biurowiec. Ledwo go dostrzegasz w ten mglisty, listopadowy wieczór. Podchodzisz więc bliżej. Słychać już stłumiony dźwięk muzyki. Jakby gdzieś z piwnic budynku. Marzniesz. Jesteś już przed otwartymi drzwiami wejściowymi, lecz w środku nikogo nie zauważasz. Nikogo zresztą nie ma, nawet w portierni. Wchodzisz do środka i nasłuchujesz. Muzyka staje się coraz bardziej wyraźna, lecz nadal słychać jedynie niskie tony.

wck sosowiec reportaż

Fot: Patrycja Warzeszka

Spoglądasz w lewo i podchodzisz do tablicy. ADOT Sp. z o.o., eConnect4U czy gabinet akupunktury ze srebrzystych tabliczek niewiele ci mówią, ale z pewnością sugerują, że istnieje tu jakieś życie. Sceneria jak z kina postapo. Podążasz dalej. Schodzisz schodami, otwierając piwniczne drzwi. W jednej chwili dostajesz obuchem w łeb! Życie istnieje – życie po godzinach! Dźwięki muzyki są słyszane wyraźnie, przemieszczają się ludzie. Nikt nie ukrywa się tutaj przed zagładą lub epidemią, a po prostu dobrze się bawi. Trochę brudno, trochę śmierdząco, ale to żaden powód do zmartwień. Największe zgromadzenie znajduje się obok uchylonych drzwi, z których dobiega coraz głośniejsza muzyka. Na drzwiach widnieje napis Unity Studio, w którym właśnie WCK gra swój koncert.

Ryfa Ri (WCK):

Ten region [Zagłębie Dąbrowskie – przyp. red.] kojarzy mi się z twardością. Unity pokazuje tej twardości pozytywną stronę. Bardziej celebracyjną. Pewną siebie. Wejście tam pierwszy raz było pięknym poczuciem przynależności dla mnie i takiej natychmiastowej detonacji zajawy. Ale nie ma chwil pozbawionych flavy w tym miejscu, więc wolę nie wyszczególniać. Jaram się, że są, że działają mimo przeciwności, organizują kozackie Hip Hop Daye, na które wpada naprawdę sporo osób i integrują się na tych wydarzeniach. Dla raperów, np. WCK, świetnie jest zagrać wśród tancerzy, bo to zupełnie inna jazda.

Wielke pokłady pasji w niewielkiej sali

WCK to stołeczny kolektyw, znany z działalności zarówno w podziemiu jak i w mainstreamie. Kuba Knap, Ryfa Ri, MADA, Kaietanovich, Emil G, Gruby Józek, Tomek Miszkin, Malik, Bonny Larmes, DJ Lazy One czy DJ Black Belt Greg to postacie, których sympatykom polskiego hip-hopu nie trzeba przedstawiać. Genezę, misję i członków Unity Studio już można, ponieważ ich działania jeszcze nie osiągnęły globalnego zasięgu jak niegdyś G-Unit. To podziemna inicjatywa. Dosłownie.

Unity Studio, którego początek działalności datuje się na 2015 rok, to teoretycznie niewielka sala, wynajmowana w piwnicach biurowca Central Fund of Immovables przy ul. Partyzantów 11. W praktyce jednak wydarzenia, odbywające się w tym miejscu oraz wkładane w ich organizację pokłady pasji, są naprawdę wielkie. Przechadzając się korytarzami piwnic biurowca można poczuć się jak w – oczywiście zachowując proporcję – legendarnym 5 Pointz. Wszędzie graffiti, stworzone przez lokalnych artystów. Pomiędzy nimi dwa studia nagraniowe, z których rozbrzmiewa rap – ToNieTo i Dialog. Takie swego rodzaju epicentrum zagłębiowskiej kultury hip-hop.

Pomysłodawcą założenia studia w tej formie był DJ Fim oraz Fresh Flava, czyli: uznany w środowisku gość, który rozkręcił niejedną imprezę bboyową w Polsce, a także ekipa, reprezentująca głównie Zagłębie Dąbrowskie, która na niejednej z tych imprez rozgrzewała parkiet. Z Unity Studio odszedł Adik, Emper oraz DJ Fim, a obecnie współtworzą je: sympatyczne tancerki – Marla i Snoopka, a także brzydsza część ekipy – Bali, Basement, Kermit, Majkel oraz Rafmal. Też tancerze.

taniec sosnowiec wck

Fot: Patrycja Warzeszka

Występ WCK był niejako zwieńczeniem pewnego okresu działalności studia. Co prawda przez jego mury przewinęło się mnóstwo znanych na polskich i zagranicznych scenach tanecznych osobistości, a Ślunski Azyl, Bielskill, New Boogie Down School, TST Karass to znane ekipy, których niektórzy przedstawiciele czują się w Unity jak u siebie, to należy pamiętać, że nie powinno być ono kojarzone wyłącznie z szaleńczymi jamami. Warsztaty, hip-hopowe ferie dla najmłodszych, otwarte darmowe treningi czy pokazy filmowe to rzeczy, które zagościły na stałe w życiu studia. Z jego logo zresztą wyziera prosty komunikat: pokój, miłość, jedność, zabawa i edukacja w jednym miejscu.

Uderzając jeszcze na chwilę w postapokaliptyczne tony, świat kultury hip-hop już dawno rozpadł się na kawałki. Rap stał się najpopularniejszym rodzajem muzyki w kraju, publika stała się jeszcze młodsza, ale utożsamianie się w tekstach z całym hip-hopowym ruchem przez topowych MC’s stało się niepopularne. Załoga Unity próbuje to wszystko zwyczajnie posklejać w całość i jakoś wskrzesić. Ot tak robią swoje, promując pozytywne wartości i pielęgnując w sobie pasję. A poszczególni reprezentanci, jeszcze pod inną banderą, robią to od wielu lat.

Majkel: Moje wspomnienia z przejściem przy PKP zaczynają się od momentu, w którym szedłem tamtędy jeszcze jako 17-latek i zobaczyłem tańczących chłopaków. Trema i nieśmiałość nie pozwoliła mi zagadać. Po pewnym czasie odezwał się do mnie gość z Sosnowca i zaproponował wspólny trening. Bboy Adik. Zabrał swoich kumpli i wpadli do nas, a później my wpadliśmy na PKP i tak zaczęliśmy tam trenować. Bardzo się jarałem, bo dla sosnowieckiego tańca to miejsce kultowe. Z tego, co wiem, historia tej miejscówki sięga lekko jakichś piętnastu lat (a może nawet więcej). Do tej pory na YouTube można zobaczyć film z bitwy KGB z Progressive Side. Kilku z nich dalej tańczy. Pod przejściem spotykaliśmy się kiedy tylko mieliśmy czas, nie tylko w sezonie letnim. Miejscówkę do treningów załatwiał Impuls. To on dostał pozwolenie w Urzędzie Miasta. Wtedy rozpoznawalna tanecznie postać w Sosnowcu, obecnie DJ. Cieć wyciągał zwiniętą szpulę kabla, podpinaliśmy muzyczkę i tańczyliśmy dopóki były siły. Ciągle mijali nas ludzie, niektórzy podbijali przybić piątkę. Niepowtarzalny klimat! Wiosna, lato, jesień, a czasami nawet w zimę. Zbierali się ludzie z całych okolic: Mysłowice, Jaworzno, Katowice, Będzin, Dąbrowa Górnicza.

Ostatni bastion ulicznego hip-hopu?

Przejście podziemne, prowadzące od Dworca Głównego do Patelni, było głównym miejscem spotkań i treningów dla bboyów z Zagłębia. A właściwie jego niewielka część, która znajdowała się w pasażu handlowym zaraz przy drzwiach wejściowych do jednego z marketów. W 2009 roku miejscówka przeżywała chyba swój najgorętszy okres w historii. Prawdopodobnie dochodziło już do wymiany pokoleniowej, ponieważ rutyniarze integrowali się z młodymi i stopniowo wprowadzali ich w środowisko. Raperzy zagadywali tancerzy o udział w teledyskach, czasami jacyś menedżerowie o pokaz na firmowych eventach. Nawiązywały się kontakty, budowały relacje. Kilku dzieciaków, których wówczas nie wpuszczono by do kina bez opiekuna nawet na Avengersów, kilka lat później występowało z powodzeniem na ogólnopolskich bitwach. DJ Fim grywał na większości z nich. Generalnie każdy entuzjasta breakingu w Polsce wiedział, gdzie w Sosnowcu tańczy się bboying.

Klasyczny rap zdominował gusta słuchaczy w tamtym okresie, The Returners rozdawali karty. Twórców jak i ich odbiorców opanował kult wiedzy o korzeniach kultury hip-hop. Raperzy ścigali się ze sobą o to, kto więcej wie. Małpa imponował wiedzą w utworach „Pamiętaj Kto” i „Piąty Element”, a Eldo w teledyskach „Jam” czy „Danny Drumz Gra Funk” występował ze swoimi kumplami z Kingz Of Warsaw czy Azizi Hustlaz. Umówmy się, za nagranie utworu w kooperacji z Pizzą Hut groziłby wtedy ostracyzm. Kultura hip-hop istniała w świadomości słuchacza, choć niektórzy z nich błędnie wymieniali deskorolkę jako jeden z jej elementów. A tworzący ten najbardziej kontuzjogenny borykali się ze swoimi problemami.

reportaż breakdance polska

Fot: mashtopoto

Udział czołowych polskich ekip w rozmaitych talent show jedni postrzegali jako „sprzedanie się”, pozostali jako świetną promocję kultury. Polskee Flavour zaczynał cieszyć się globalnym uznaniem, a w organizowanym z niespotykanym rozmachem Warsaw Challenge brali udział najlepsi bboys na świecie. Ukazywał się Flava Dance Magazine, dla którego pisali czołowi reprezentanci sceny. W tym Ryfa Ri. Bboys, którzy swoje szlify zdobywali na podwórkach narzekali na poziom edukacji instruktorów bboyingu w szkołach tańca, po czym zakładali własne. Lilou występował w reklamach Red Bulla, który to zaraz stał się organizatorem jednej z najbardziej prestiżowych imprez w historii – Red Bull BC One. Hip-hop jako kultura w Polsce nie miał się lepiej ani przedtem, ani potem. Bboying uprawiany był częściej w osiedlowych klubach czy lokalnych domach kultury niż na podwórkach czy w parkach. Grupa tancerzy z Zagłębia wolała podążać własnymi ścieżkami gdzieś w tle tych wydarzeń, a przejście podziemne było jednym z ostatnich miejsc, które przypominały nowojorski Bronx z lat 70, lecz z magnetofonem zamiast adapterów Kool Herca.

Tylko kiepskie historie mają w zwyczaju ciągnąć się w nieskończoność, co potwierdza niejako „Moda Na Sukces”. Te romantyczne i sielankowe mają to do siebie, że najczęściej kończą się w najbardziej niespodziewanym momencie. Dodatkowo w smutny, tragiczny lub głupi sposób. Potwierdza to Majkel: – Umierało to śmiercią naturalną. Każdy prowadził swoje zajęcia, coraz rzadziej się spotykaliśmy. Coraz rzadziej nie znaczy w ogóle. Zmieniły się godziny otwarcia tego marketu, przy którym tańczyliśmy. Ochroniarz, który otwierał ten cały pasaż i nas tam wpuszczał, powiedział, że już teraz nie będziemy mogli korzystać z tego miejsca, bo skoro się zmieniły te godziny, to on nie będzie specjalnie zostawać dłużej w pracy i przychodzić otwierać. Nie pamiętam dokładnie jak to było. W każdym razie wyszło tak, że przez te wszystkie zmiany on nie jest w stanie nam otwierać tego pasażu i udostępniać kabla, otwierać swojej kanciapy, z której braliśmy prąd. Ostatnio w ogóle ten ochroniarz spotkał jednego ze znajomych i zapytał czemu już nie przychodzimy (śmiech)? Być może pojawimy się tam kiedyś jakoś zajawkowo, ale nie wiem. Powstanie Unity było niejako kontrą do utraty tego miejsca.

Po deszczu zawsze wychodzi słońce. Nawet w piwnicy

Taki bieg wydarzeń dla tej fabuły stanowił jednak pewien suspens. Wprawdzie lokalni bboys rozeszli się z powrotem do różnych sal czy ośrodków kultury, ale zapotrzebowanie na aktywizowanie kultury hip-hop w jej pierwotnej formie ciągle wzrastało. Fresh Flava wciąż startowała w różnych zawodach po całej Polsce i na świecie, dostała się nawet do półfinału telewizyjnego „Got to Dance. Tylko taniec”, ujmując jurorów – poza umiejętnościami – poczuciem humoru. W międzyczasie w biurowcu przy Partyzantów 11 co rusz powstawały nowe studia nagrań. Przyjaźnie z czasów PKP przetrwały. Sosnowiec potrzebował jakiegoś wyjątkowego wydarzenia, którego się doczekał! Wszystko to doprowadziło – przynajmniej pośrednio – do zorganizowania pierwszego Underground Block Party.

Imprezę zaproponował nam DJ Roka, wspólnie z ekipą z ToNieTo Studio. Mieliśmy nawet spotkanie „organizacyjne”, po którym zaczęła się akcja. Kupiłem płyty, żebyśmy mogli tańczyć. Roka wyciągnął ze swojego ówczesnego studia 16M stół oraz gramofony, ponieważ impreza odbywała się zaraz obok. Dostawiliśmy starą sofę, żeby zgromadzeni mieli na czym przysiąść i zaczęliśmy tańczyć. Z każdą kolejną edycją przyjeżdżało na tę imprezę coraz więcej osób, nawet z Katowic! Wszyscy byli nią bardzo zajarani. Na późniejszych edycjach grała cała czołówka śląskiej i zagłębiowskej sceny. Toczyliśmy zacięte bitwy taneczne, pojawiło się nawet graffiti! Słowem: FRESH! Impreza była – i mam nadzieję, że jeszcze długo pozostanie – najlepszym wydarzeniem hip-hopowym na Zagłębiu – wspomina początki Majkel.

Niewielka część biurowca. Dwa adaptery, mikrofony. Centymetry kurzu. Płyty analogowe. Kanapa. Kable, prowadzące do studia nagrań. Ludzie. Płyty, imitujące parkiet. Zapach obskurnej piwnicy. Wilgoć. Jakieś dziesięć metrów kwadratowych olbrzymiej zajawki. Na pierwszej edycji zagościło bez mała dwadzieścia osób, niepewnych tego, co może się wydarzyć. Na drugiej już czterdzieści, ponieważ zauroczeni uczestnicy poprzedniej zaprosili znajomych. Na trzeciej osiemdziesiąt – stali bywalcy ostatecznie namówili jeszcze niezdecydowanych znajomych. Na kolejnych edycjach pojawiało się coraz więcej ludzi. Na ostatniej frekwencja wynosiła pomiędzy dwieście, a trzysta osób. Ciężko zliczyć. Wysoka temperatura oraz głośna muzyka. Koncerty w duchocie. W tych piwnicach występowały cenione nazwiska południowej sceny – Bas Tajpan, Kamel, Tymin, Revo, PHFNG, Doppio, Kłak, Luks Mamilion, Ymcyk. W ubikacji toczyły się słynne wolnostylowe „bitwy o kibel”. DJ Roka, DJ Fim i DJ Funky byli stałymi rezydentami, odpowiadali za muzykę.

breakdance Unity Studio

Fot: Archiwum Unity Studio

Atutem tych imprez był przede wszystkim klimat. Nigdzie nie można było znaleźć informacji, gdzie dokładnie się one odbywają – adres nigdy nie był podawany do publicznej wiadomości. Można było napisać prywatną wiadomość do organizatorów, którzy zawsze ten adres wskazali. Poczta pantoflowa w dużym stopniu pomogła Underground Block Party rozrosnąć się do większych rozmiarów. A można tak powiedzieć, skoro ludzie z Poznania pytali organizatorów, czy mogą coś podobnego zorganizować u siebie. Przekazywane drogą nieoficjalną informacje o miejscu imprezy z pewnością zwiększały na nią zainteresowanie. Samo miejsce również można nazwać nieoficjalnym – prędzej przypominało ślepy zaułek, w którym znajdziesz się, gdy pomylisz… drogę. Biorąc pod uwagę urok i całą otoczkę wydarzeń, można było pomyśleć, że są one nie do końca legalne. To by tłumaczyło ten wzrost uczestników z edycji na edycję – w końcu to zakazany owoc smakuje najlepiej.

Zolsky:
Myślę, że to fajna i klimatyczna inicjatywa. Trochę taka undergroundowa, ale też z konkretnym pomysłem, a ludzie którzy ją tworzą są konkretnymi osobami na swoim miejscu. Wszystkie pozytywne działania w miejscach, w których mało się dzieje, są fajne. W ogóle wszystkie akcje mocno związane z kulturą hip-hopową są w cenie. Coraz mniej ich, w większych miastach można praktycznie o tym zapomnieć, nie licząc koncertów i zawodów tanecznych, z których to oba stają się coraz bardziej miałkie i płaskie.

Kultywowanie tradycji w wersji DIY

Unity Studio stanowi tak naprawdę pokłosie wcześniejszych wydarzeń. A na pewno w sposób fascynujący pielęgnuje ich dziedzictwo. Pomysł, aby to jedna z piwnic biurowca Central Fund of Immovables służyła za pole do działania, wydaje się być oczywistym. To naturalna kolej rzeczy, skoro Fresh Flava to stali bywalcy przejścia, a DJ Fim – Underground Block Party. Podobnie jak wtedy, wciąż przyświeca im ten sam cel. Skład naszej bandy bardzo konkretnie precyzuje nasz cel. DJ, MC i ekipa Fresh Flava, czyli: róbmy hip-hop! Każdy z nas miał też własne cele, w moim przypadku był to taniec. Chciałem mieć miejsce, gdzie będę mógł się rozwijać jako bboy. Organizowanie eventów w postaci jamów tanecznych, warsztatów, czy koncertów pozwoliło nam wspierać, budować i wzmacniać regionalny hip-hop! To mega fajne uczucie, gdy dajemy komuś energię w postaci tych wydarzeń, a w zamian otrzymujemy trzy razy więcej energii, aby móc robić to dalej! – Basement określa cel studia. Strategii jako takiej nie było. Krótka piłka – składka na czynsz, składka na remont i działamy. Ile kto może, tyle wkłada w studio. Oczywiście były marzenia oraz plany o rozwoju studia i przeobrażenia go w swego rodzaju hip-hopową świetlicę lub placówkę.

W 2015 roku odbywa się pierwszy jam. Na imprezę otwarcia przybywa liczne grono przyjaciół i zwolenników dobrej zabawy. Wchodzą do środka. Na jednej ścianie lustro. Na drugiej graffiti z dobitniejszym przekazem niż ciastko z wróżbą: Stop Saying Hip-Hop If You Don’t Recpect BBoying. Pomiędzy KRS-One czy Jimmy Castor Bunch. Schludnie, przytulnie, skromnie. DJ Fim gra funk, Emper jest konferansjerem. Tancerze rywalizują w zawodach, styl dowolny. W jury zasiada zgromadzona publika. Wszyscy siedzą, tworząc kształt koła, w którym tańczą przyszli zwycięzcy. Za wygraną otrzymują satysfakcję i szacunek wśród hip-hopowej braci. Tworzą się przyjaźnie, być może związki. Mijają miesiące. Odbywają się kolejne imprezy. Konwencja podobna. Na mieście można już spotkać osoby, których twarze wyglądają jakby znajomo. No tak, znamy się z widzenia. To stali bywalcy Unity Studio. Transmisja na żywo z finałów Red Bull BC One w Japonii na dużym projektorze w sobotę o ósmej rano? Czemu nie! W każdą środę można przyjść na otwarty trening. Co jakiś czas odbywają się warsztaty. Jedne z nich prowadził Zolsky, któremu piwnice jak widać nie są straszne: – Z obskurnymi piwnicami jestem za pan brat. Za dzieciaka biegałem po piwnicach, a potem w gimnazjum i liceum miałem z kolegami hip-hopową piwnicę, w której przesiadywaliśmy niemal cały czas.

Dożyliśmy czasów, w których Miuosh wyprzedaje Stadion Śląski, Taco Hemingway Stadion Narodowy, a Quebonafide wszystkie największe hale sportowe w Polsce. Jak więc mogą fascynować kogoś piwniczne koncerty, na których może przyjść maksymalnie sto osób? Nie oszukujmy się – główną zaletą tych imprez jest przede wszystkim atmosfera, a cała otoczka brudnych szarych ścian tylko dodaje jej uroku. Można ją porównać z latami pięćdziesiątymi ubiegłego wieku, gdy znienawidzony przez ówczesne władze polski jazz grano potajemnie na jam sessions w zwykłych pokojach mieszkalnych. Taki Krzysztof Komeda przykładowo udawał się do Krakowa, by w mieszkaniu Andrzeja Kurylewicza spotkać się z innymi znanymi muzykami, pograć jazz, posłuchać nie tak łatwo dostępnych przecież płyt, napić się wódki, pośmiać, porozmawiać z innymi. W ciasnych pokojach potrafiło zebrać się nawet sto osób, ale jak to musiało rozwijać? Okres ten w dziejach polskiego jazzu nazywany jest katakumbowym. Brzmi znajomo?

Unity Studio

Fot: Archiwum Unity Studio

Ekipa Unity postanowiła połączyć koncerty z imprezami tanecznymi w taki sposób, że koncert stanowi niejako tło. Utwory wykonywane na żywo odgrywane są pomiędzy kolejnymi setami DJ-a. Wszyscy tańczą. Pozostali rozmawiają na korytarzu, integrują się. W odróżnieniu od koncertów z czasów Underground Block Party na jamy do Unity Studio zaczęli się zjeżdżać MC’s z dalszych zakątków Polski. Szczególnie upodobało sobie to miejsce właśnie WCK. Ryfa Ri już zagrała przy Partyzantów 11 swój koncert na jednym z jamów, Kuba Knap i Emil G również. – Atmosfera iście hip-hopowa, przepełniona sączącą się zewsząd zajawą, a wszystko to dzięki uśmiechniętym i interesującym ludziom. Obskurna piwnica to zdecydowanie moje klimaty, więc poczułem się jak w domu (śmiech). No, może jak u siebie. Ten jeden raz, kiedy byłem w Unity, zdecydowanie zaowocował uśmiechem i świeżą hip-hopową energią – wspomina MADA.

Na świecie nie brakuje ludzi naiwnych, a tylko oni mogą się łudzić, że menedżerowie stadionowych artystów w ogóle otworzą maila z propozycją zagrania w Unity. Potrzeba z tysiąca takich pomieszczeń, aby pomieścić wszystkich ich fanów. Unity nie pomieściłoby nawet tych, którzy są skorzy zapłacić konikom horrendalne czterocyfrowe kwoty za bilety, ponieważ nie załapali się na nie w przedsprzedaży. To strasznie zawęża wybór, ponieważ polski rap nie jest nieskończony. Kto więc powinien zagrać na następnym koncercie?

Majkel:Na pewno ktoś taki, kto ma jasno określony stosunek do całej kultury hip-hop i jest dla nas osiągalny. Nie wiem, od pewnych osób, co widać choćby w wywiadach, czuć pewien vibe, który jest nam bliski. Czuć, że mogą się one czuć dobrze w naszym studiu i podzielać wizję, jaką niesiemy. Kimś takim wydaje się być Eldo, Te-Tris, JWP, Mielzky? Problem leży tak naprawdę gdzie indziej. – Pisząc maile ciężko mi wyrazić specyfikę tego miejsca. Nasze piwnice robią niewątpliwie wrażenie na żywo, co ciężko przekazać za pośrednictwem internetu. Żeby dotrzeć zatem do ludzi, których chcielibyśmy zaprosić, w większości przypadków musiałem wyczekać moment, kiedy będzie możliwość zobaczyć się na żywo i na spokojnie wytłumaczyć jak dokładnie wygląda studio, jak działamy i jakie mamy plany, choć i w takich przypadkach zauważałem pewien – całkiem zrozumiały – dystans. Sytuacja się zmienia w momencie, kiedy osoby te odwiedzają w końcu nasze podziemia. Nieskromnie chyba możemy stwierdzić, że nie spotkaliśmy się z nikim, kto byłby rozczarowany albo zawiedziony. Wręcz przeciwnie – wszyscy twierdzą, że nie przypuszczali, że może to tworzyć taki niepowtarzalny klimat. Z każdą kolejną osobą jest coraz łatwiej, bo informacje rozchodzą się pocztą pantoflową. – dodaje.

Old school czy new school?

Biurowiec przy ul. Partyzantów 11 z zewnątrz przypomina szkołę. Prawdopodobnie zanim spółka Central Fund of Immovables stała się właścicielem budynku, funkcjonował on jako placówka edukacyjna. Dziś jej namiastkę stanowią jedynie znajdujące się w środku szkoły: medyczna i muzyczna, a także szkoła programowania. Prywatne. Przedszkole także. Pozostałe lokale to biura, będące siedzibami różnych firm oraz biura do wynajęcia. Trzeba przyznać, że tego typu nieruchomość nie jest odpowiednim miejscem do organizowania hucznych imprez. Joanna Krupa, dyrektor budynku, za każdym razem jest jednak informowana o planowanym wydarzeniu i wyraża zgodę na jego organizację:

Wiem o tym, że mamy wielu wspaniałych twórców, zarówno ze świata muzyki jak i tańca, którzy działają w naszym budynku na Partyzantów. Nie miałam okazji posłuchać ich twórczości, niemniej głęboko wierzę w to, że przez swoją pasję uda im się osiągnąć założony cel. Jeżeli mówimy o odczuwaniu ich działalności to muszę przyznać, że studia nagrań i sale prób są bardzo dobrze przygotowane, dlatego nie słychać ich na obiekcie. Jednocześnie działalność ta prowadzona jest głównie w weekendy lub wieczorami. Wynajmowanie piwnic pod działalność artystyczną nie jest problematyczne. Zwłaszcza, że najemcy mogą adaptować lokal pod własną działalność według własnego uznania i projektu. Nie mam żadnych obaw, aby wynajmować lokale młodym (i nie tylko młodym) twórcom. Sądzę, że szefostwo z Łodzi też nie ma żadnych obiekcji. Gdyby było inaczej to przecież nie wynajęlibyśmy tych lokali na taką działalność. Dodatkowo przed podpisaniem umowy spotykam się z każdym najemcą, więc troszeczkę ich poznaję i jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, żebym miała jakieś zastrzeżenia, aby umowy nie podpisać. Co więcej, wspiera działalność Unity Studio:

 

Taka działalność zasługuje na więcej niż tylko słowa uznania. Szkoda, że nie mają większego wsparcia od władz miasta, mogliby wtedy zapewne dużo więcej zrobić. Przez swoja postawę uczą młodych ludzi z domów dziecka zamiłowania do muzyki i tańca, pokazują im drogę życia. W tym samym budynku znajduje się Boutique Hotel’s, w którym często nocują artyści, występujący na koncertach w okolicznych klubach. Aż się prosi żeby biurowiec poszerzył swoją działalność: – Kwestia sali koncertowej… jest to jakiś pomysł. Tylko jest potrzebna jeszcze osoba, która ogarnęłaby to w kwestii adaptacji i organizacji. Pomieszczenie nawet by się znalazło w dawnej części po Szkole Ekologii. Jeżeli jest ktoś chętny, by zainwestować w taką działalność, zapraszam do współpracy. – dodaje pani Joanna.

Czynić dobro należy nie tylko od święta

breakdance scena polska

Fot: Ewa Maj

Zawisza:

Jak szedłem korytarzem w stronę Unity pierwsze o czym pomyślałem to: „o kurde, co to za miejsce?”, ale jak przekroczyłem próg studia, byłem bardzo miło zaskoczony jego wystrojem i tym, jaki panuje tam klimat. Szanuję ludzi, którzy stworzyli Unity Studio. Dają do myślenia, że można wszystko stworzyć lub osiągnąć, tylko trzeba tego chcieć. Sam używam ich kolekcji ubrań, która mi się osobiście bardzo podoba i mogę ją polecić. Byłem tam dwa razy – na treningu i na zawodach „all style battle”, co zapadło mi w pamięć, bo przyjechało naprawdę sporo osób, grął znany i bardzo dobry DJ Fim, a przy okazji udało mi się wygrać te zawody. Chłopaki prowadzą zajęcia dla dzieciaków i młodzieży oraz organizują różne wydarzenia z kulturą hip-hop. Myślę, że to jedyne takie miejsce w tym mieście, dlatego kolejny plus dla nich!

 

Wspomniana działalność charytatywna była prowadzona już na długo wcześniej przed otwarciem Unity Studio. Jeszcze nawet przed pierwszym Underground Block Party. Za początek należy uznać nawiązanie współpracy Majkela z sosnowieckim Miejskim Ośrodkiem Pomocy Społecznej przy ul. 3 Maja. Początek doskonale pamięta Ewa Maj, Asystent Rodziny w MOPS:

Z Michałem poznałam się tak naprawdę przez jego siostrę Kasię, choć wcześniej kojarzyłam go z tańców ulicznych w Sosnowcu. Widziałam jak w górach z całą grupą występowali na deptakach większych miast. Już wtedy było widać, że taniec jest ich pasją. Raz w trakcie rozmowy z Kasią wyszło, iż Michała team jest chętny do charytatywnych akcji. Zazwyczaj na imprezach organizowanych dla dzieciaków z MOPS-u jak i domu dziecka, Michał prowadził warsztaty taneczne z dziećmi. Podczas pewnych ferii zimowych wraz z pracownikami MOPS-u w Unity Studio stworzono projekt, aby zorganizować czas wolny dzieciakom.

W ramach tych hip-hopowych ferii dzieciaki mogły nagrywać piosenki w ToNieTo Studio, nauczyć się miksować płyty na dwóch gramofonach, malować graffiti oraz… tańczyć. – Dzieciaki lubią się ruszać i lubią tańczyć, jednak we własnym gronie, wcześniej. Z początku się krepowały, więc podzieliliśmy ich na wiek: grupa starsza i młodsza. Zdało to egzamin, bo robiliśmy to o dwóch różnych godzinach i nikt się już nie wstydził. Z każdym dniem szło im coraz lepiej. – wspomina Ewa.

Czarne chmury

Podjęcie się takiego przedsięwzięcia, jakim jest stworzenie miejsca przyjaznego ludziom, prędzej czy później musi rodzić pewne obawy. Okazuje się, że konkurencja w regionie na pewno nie jest jedną z nich. Basement: – Przyznaję się, że na początku miałem obawy, ale szybko się ich pozbyłem. Mimo że działamy w pobliżu z Hip Hop Budą czy Hip-Hop Spotem, to nasze cele raczej się przeplatają i łączą we wspólny niż zderzają. Poza tym uważam, że konkurencja jest potrzebna i pomaga. Oczywiście o ile jest zdrowa! A tu mamy do czynienia właśnie z taką. Majkel wtóruje swojemu przyjacielowi: – Szanujemy i wspieramy inne miejscówy. Przeplatamy się nawet w działaniach. Ale z drugiej strony możemy troszkę (w sumie to bardzo) nieskromnie powiedzieć, że jesteśmy jedynym prawdziwie undergroundowym miejscem, nastawionym niezarobkowo. Czarne chmury nad Unity Studio mogą przyjść tak naprawdę z najbardziej prozaicznych powodów, które przyczyniły się do upadku nawet najbardziej wymyślnych inicjatyw. Przybliża je Basement, popadając w nieco poetyckie tony: – Żeby robić coś kreatywnego w naszym realnym świecie potrzebny jest czas, pieniądze i ludzie. Tego pierwszego z wiekiem jest coraz mniej, a tego drugiego zawsze mało, żeby robić fajne rzeczy. Jednak największą obawą jest to, że w końcu zabraknie tego trzeciego. Niektórym zwyczajnie się odechciewa trenować i nie chcą współtworzyć tego typu miejsc, dla innych składka na czynsz staje się najmniej priorytetowa spośród codziennych wydatków, z pozostałymi drogi się – jak to w życiu bywa – zwyczajnie rozchodzą. Oby jednak słowa Basementa okazały się pustą przepowiednią. Gorsze dni po prostu przejdą same, a entuzjaści nie mogą tylko tracić cierpliwości w tym czasie. Niektórzy stracili, lecz należy to zrozumieć.

Majkel:

Tak myślę, że to zarówno przekleństwo jak i błogosławieństwo, że nie zarabiamy na tym miejscu. Z jednej strony fajnie byłoby nie dokładać do czynszu, wydarzeń etc., a wręcz zarobić na organizację kolejnych większych wydarzeń. Z drugiej jednak strony mamy ten komfort, że nie musimy walczyć o pieniądze, klientów i zysk żeby utrzymać się na rynku, co jest naprawdę trudne i przeważnie jest przyczyną plajty większości miejsc. Możemy sobie robić swoje bez ciśnienia i to chyba tez podnosi naszą wiarygodność. Wszystko tworzone jest serio z pasji.

Niezależność i ujemne bilanse czy pełny portfel kosztem wyrzeczeń?

Pasja jest jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie mogą się każdemu przytrafić. Można nawet powiedzieć, że to synonim miłości. Czasem ślepej. Bo cóż innego mogłoby pchać drugiego człowieka do często logicznie niewytłumaczalnych wyborów i decyzji? Ciągłe inwestowanie nieraz i ostatnich pieniędzy w coś, co nie ma prawa się zwrócić choćby w połowie. Dlaczego więc to taka piękna rzecz, skoro do organizowania koncertów i warsztatów nie motywuje perspektywa olbrzymiego zysku? Czemu poświęca się swój czas na umożliwienie innym bezpłatnego trenowania? Czas, który można by przeznaczyć właśnie na dodatkowy zarobek? Są ważniejsze rzeczy na świecie niż dobra materialne. Satysfakcja, nadmiar endorfin, poczucie budowy lepszego świata czy też dobrze wykonanej roboty czasami jest warte więcej niż pieniądz. A pasja pomaga to osiągnąć. Życie z natury jest szare, więc w jakiś sposób trzeba je pokolorować. Właśnie za pomocą pasji. Być może to jedyny motor napędowy działań Unity Studio? Codziennie przebywający w piwnicy trzydziestolatkowie to ze społecznego punktu widzenia jakieś kuriozum. Brzmi jak fragment portretu psychologicznego jakiegoś Kuby Rozpruwacza.

breakdanace polska

Fot: Mashtophoto

Jak dużymi pasjonatami są poszczególni członkowie studia tego się od nich na pewno nie dowiemy. Najlepiej jeśli wypowie się ktoś, kto wspiera na co dzień jednego z nich i zna jego wzloty i upadki. Weronika, partnerka Mateusza, znanego jako Basement: – Wynajmowanie piwnicy do tańca – dziwne. Wkładanie tyle energii, czasu i poświęcenia w renowacje piwnicy – również dziwne. Ale czy wszystko w życiu musi być normalne? Każdy ma jakąś zajawę. Studio w piwnicy dla chłopaków, z tego, co zauważyłam, to nie tylko sala taneczna, do której przychodzi się odbębnić trening. To także miejsce spotkań znajomych, imprez, integracji. Stworzyło się tam życie i kultura, do których się często wraca. Czasem się śmieję, że chłopaki chyba są już za starzy na noszenie kolorowych czapeczek i luźnych spodni. No bo ile można się bawić w to wszystko? Ale z drugiej strony skoro to część ich samych oraz ich życia, to nie należy z tego rezygnować, a po prostu zmienić formę. Taniec to sztuka. Treningi taneczne nie są tylko odbębnianiem obowiązku i do domu. Czasem się nie chce ruszyć z domu, bo zimno, bo zmęczenie, ale zawsze po dobrym treningu przychodzi poczucie szczęścia, spełnienia i satysfakcji. Mateusz często opowiada mi po treningu, czy zrealizował wszystko, co sobie założył, czy zrobił coś nowego, czy jest zadowolony. Nie ma w tym moim zdaniem znudzenia i poczucia rutyny. Oboje jesteśmy tancerzami i oboje się śmiejemy, że jesteśmy już u schyłku kariery ze względu na lata i podejmowane kroki (albo ich brak) do rozwoju. Ale robimy to wciąż z pasji, bez tego nie byłoby motywacji i tego całego zadowolenia. Bo o to w tym chodzi! W sens tańca Mateusz chyba nigdy nie zwątpił. Bboying to swego rodzaju sposób na życie. Często słyszę za to obawy, czy Unity się utrzyma. Czy nie wykruszą się ludzie i czy będą w stanie utrzymać swój azyl. Z wiekiem człowiek nadaje sobie nowe priorytety w życiu. Dorosłość zobowiązuje. Staram się rozmawiać, pytać, wspierać, czasem dorzucić się do puszki jak sama korzystam z piwnicy.

Epilog

Stołeczny kolektyw WCK właśnie skończył grać swój koncert w Unity Studio. DJ gra after party. Niewielka część została w studiu, kołysząc biodrami w rytm funku. Pozostali ludzie rozeszli się do domów lub spacerują po korytarzu. Uśmiechają się. Rozmawiają ze sobą. Gratulują poszczególnym członkom zespołu. Z każdą kolejną godziną tłum staje się coraz mniejszy. W pewnym momencie na miejscu zostają tylko załoganci Unity Studio i ich najbliżsi, choć i część z nich już znalazła się w łóżkach. Można podsłuchać ich rozmowy. Wymieniają się spostrzeżeniami. Zastanawiają się co i jak ulepszyć następnym razem. W ogóle nie dopuszczają do siebie myśli, że nie będzie następnego razu. Nikt nie myśli o czarnych chmurach. Widać, że są bardzo usatysfakcjonowani i roznamiętnieni. Właśnie stali się lepszymi ludźmi. Przynajmniej na trochę, dopóki nie zasną. Skorzystają również na tym ich najbliżsi. Hip-hop wciąż żyje.

Tekst: Kamil Świech – profil Twitter autora

-->