Zjednoczone stany kina – co zobaczyć na American Film Festival 2019

To już 10 lat z American Film Festivalem. Przez całą dekadę jesienią mogliśmy odkrywać we Wrocławiu różne oblicza amerykańskiego filmu: nowości bez szans na dystrybucję, debiuty przyszłych gwiazd, zapomnianą klasykę czy ikony kina niezależnego. Festiwal nie zwalnia, a my przygotowaliśmy listę filmów, na które warto zwrócić szczególną uwagę w tym roku.

tekst: Mariusz Mikliński

Brzmienie ciszy / The Sound of Silence
reż. Michael Tyburski

Czasem zastanawiam się, co się stanie z zagubionymi 30-letnimi neurotykami, którzy opanowali amerykański niezal, gdy skończą 40 lat. Czy znajdą spokój w jakimś nowojorskim lofcie? „Brzmienie ciszy” w pewnym stopniu dostarcza odpowiedzi. Zagubieni 30-letni neurotycy zostają zagubionymi 40-letnimi neurotykami. Taka jest właśnie Ellen Chasen – wiecznie przemęczona, szuka swojej strefy komfortu, mimo że wszyscy trują, że trzeba z niej wyjść. Na jej drodze pewnego dnia staje podejrzany stroiciel domów, utrzymujący, że na ludzką psychikę wpływa układ często ledwie słyszalnych dźwięków. Ale ani mętlik panujący w głowie Ellen, ani jej cichy jak zakład pogrzebowy dom łatwo się nie poddadzą. Zaskakujące, kapitalnie nakręcone (ten szarobury Nowy Jork!) i udźwiękowione „Brzmienie ciszy”, opowiadając o spotkaniu dwóch ekscentryków, sprawnie unika fałszywych tonów i nie podsuwa rozwiązań rodem z poradników dla introwertyków.

The Lighthouse
reż. Robert Eggers

Jeden z najbardziej zapadających w pamięć seansów tego roku. I kolejny z Robertem Pattinsonem, po halucynacyjnym science fiction „High Life” Claire Denis. Reżyser po docenianej „Czarownicy” z 2015 r. pozostaje w Nowej Anglii, tym razem na małej, smaganej wiatrem wyspie, nad którą góruje latarnia morska. Niewielką przestrzeń dzieli ze sobą dwóch stróżów: stary, z szaleństwem w oku (jak zwykle wspaniały Willem Dafoe), i młody, coraz bardziej duszący się z dala od świata. Obaj powoli popadają w szaleństwo, prześladowani przez koszmary i samotność. Eggers w mistrzowski sposób buduje gęstą, klaustrofobiczną atmosferę. Grozę dozuje stopniowo, skupiając się na szczegółach: uporczywych odgłosach fal, niepokojącej ciszy, zbliżeniach ogorzałych twarzy. Czarno-biały, uwodzący gotyckim nastrojem „The Lighthouse” udowadnia, że dobra passa niezależnego horroru wciąż trwa.

I Want My MTV
reż. Tyler Measom, Patrick Waldrop

Czy ktoś jeszcze ogląda MTV? Zanim stację przejęły dwunożne reklamy gabinetów medycyny estetycznej, był to program muzyczny, a pierwsza litera w nazwie pochodziła od „music”, a nie „mediocracy”. W latach 90. czekało się na klipy ulubionych zespołów, niektórzy nagrywali całe godziny na wideo. Ale w końcu przyszedł wyrok: YouTube. Twórcy tego dokumentu o początkach MTV nie zabierają nas jednak jedynie w nostalgiczną podróż śladem tapirowanych fryzur i szlagierów, które teraz rozbrzmiewają w Radiu Złote Przeboje. Odszukawszy producentów i prezenterów, reżyserzy zdradzają politykę decydentów, którzy przesądzali o tym, co pojawi się na ekranie, a co nie. Mówią m.in. o marginalizowaniu afroamerykańskich artystów i przymykaniu oka na seksistowskie wyskoki białych metalowców. Jest tu też pewien ironiczny epilog: MTV zaczęło działalność od emisji klipu „Video Killed Radio Star”. W 2019 r. radio trzyma się nieźle, a MTV utknęło na mieliznach korpo-botoksu.

Płonąca trzcina / Burning Cane
reż. Phillip Youmans

Co robiliście, gdy mieliście 19 lat? Ja np., rocznik 1984, myślałem nad tym, że gdybym w wieku 16 lat zrobił coś inaczej, to teraz byłbym gdzie indziej. Natomiast Phillip Youmans, rocznik 2000, kręcił film. Został dzięki temu najmłodszym reżyserem, który zadebiutował na cenionym nowojorskim festiwalu Tribeca, gdzie zgarnął zresztą główną nagrodę. Chłopak napisał scenariusz, sam stanął za kamerą i całość zmontował, jeszcze zanim skończył liceum. „Płonąca trzcina” to nastrojowy, dojrzały portret biednej społeczności w odległym, zaniedbanym zakątku Luizjany. Youmans umiejętnie splótł ze sobą historię kilku postaci: samotnego chłopca, wielebnego, który zaczyna bardziej wierzyć w mocne trunki niż w Boga, bezrobotnego mężczyzny i jego matki w żałobie po psie. Starsi koledzy mogliby od Phillipa uczyć się empatii. Nad produkcją czuwał Benh Zeitlin, twórca „Bestii z południowych krain”.

Wrinkles the Clown   
reż. Michael Beach Nichols

Ten sezon zdecydowanie należy do jednego clowna. Reżyser Michael Beach Nichols nie zamierza jednak rywalizować z „Jokerem”, choć bohater jego dokumentu wygląda bardziej przerażająco niż smutne grymasy Joaquina Phoenixa. „Wrinkles” to clown w zdeformowanej, odpychającej masce, o którym kilka lat temu było głośno w Stanach. Zaczęło się od youtube’owego filmiku: dziwna postać wychodzi w środku nocy z pojemnika na pościel, podczas gdy tuż obok w łóżku śpi dziecko. Clown był widziany później w różnych miejscach na Florydzie. Prasa ustaliła, że jest to emerytowany weteran, który w nietypowy sposób dorabia. Z jego usług mógł skorzystać każdy, kto chciał nastraszyć niegrzeczne dzieci lub zepsuć urodzinowe party sąsiada. Ale czy to prawda, czy też może marketingowa akcja? Kto miał na niej tak naprawdę zarobić? Reżyser postanowił nie tylko zgłębić fenomen tajemniczej postaci, lecz także przyjrzeć się, jak łatwo, żerując na ludzkich lękach, można kontrolować odbiorców i wywołać fake newsami zbiorową paranoję.

 

Pod górkę / The Climb
reż. Michael Angelo Covino

Widzieliście 100 kumpelskich komediodramatów? Obejrzyjcie 101. Michael Covino miał faktycznie pod górkę, chcąc zrobić coś oryginalnego w tym temacie. Ale ku mojemu zaskoczeniu się udało – głównie dzięki chemii między głównymi bohaterami, którzy w rzeczywistości też są kumplami. Tę szczerą zażyłość, ale też zdrowy dystans do swoich męskich wizerunków, widać na ekranie. Historia zaczyna się na dwóch kółkach: Mike i Kyle na kolarzówkach próbują pokonać wzniesienie. Pojawia się jednak przeszkoda. Mike oznajmia bowiem kumplowi, że sypia z jego narzeczoną. Kyle postanawia więc go zabić. Ale tak prosto nie będzie. Ich znajomość przetrwa i obaj zaliczą razem dziwny ślub, jeszcze dziwniejszy pogrzeb i święto dziękczynienia. „Pod górkę” jest bezpretensjonalne, dobrze napisane i autentycznie zabawne. I ma jeszcze jedną zaletę: to chyba pierwszy buddy movie ze scenami musicalowymi.

 

Słodziak / Honey Boy
reż. Alma Har’el

Filmowa autoterapia Shii LaBeoufa, którego znamy z „Transformersów” i występów u von Triera i Andrei Arnold. Brzmi ryzykownie, można by się spodziewać narcystycznego widowiska z krzepiącą przemianą w finale. Na szczęście amerykański aktor ma do siebie sporo dystansu, a scenariusz jego autorstwa trafił w ręce Almy Har’el, cenionej dokumentalistki, która ma oko do obrazów i ucho do historii ludzi, którzy niekoniecznie chcą wjechać na główny kurs współczesnego świata. W „Słodziaku” śledzimy losy dziecięcego aktora Otisa, wychowywanego – czy też raczej eksploatowanego – przez ojca pijaka (w tej roli Shia z efektowną zaczeską). Jak można przewidzieć, po latach chłopak częściej będzie bywał na komisariatach i odwykach niż planach filmowych. Z tego arcyhollywoodzkiego, trącącego banałem tematu duetowi LaBeouf i Har’el udało się stworzyć coś świeżego, porywającego swoim tempem i oryginalnymi pomysłami, m.in. kurczakiem w jednej z głównych ról. A na drugim planie debiut FKA Twigs w kinie.

Opuść autobus przez wybitą szybę / Leave the Bus Through the Broken Window
reż. Andrew Hevia

Nie masz co robić? To nakręć film – ktoś złośliwy tak mógłby skwitować autobiograficzny dokument Hevii po zapoznaniu się z historią jego powstania. Tymczasem „Opuść autobus…” dowodzi, że najważniejszy nie jest budżet, lecz pomysł. I ironiczne poczucie humoru. Uzbrojony w kamerę i sarkazm Hevia ląduje w Hongkongu, by nakręcić reportaż o tamtejszej scenie artystycznej. Tyle że nagle zaczyna sobie zadawać pytanie, co tam robi. I co poszło w jego życiu nie tak, że apartament w Miami musiał zamienić na schowek na szczotki w azjatyckim mrówkowcu. Za tę samą cenę. Dokument Hevii to szczery, nieraz gorzki autoportret millenialsa, nakręcony w czasach, gdy życie oferuje tak dużo możliwości, że żadna z nich nie wydaje się odpowiednio ciekawa.

Gigant / The Giant
reż. David Raboy

Niespodziewanie udane połączenie filmu o dorastaniu i nastrojowego thrillera. David Raboy osadził akcję swojego debiutu w małym, rozleniwionym letnim słońcem miasteczku na amerykańskim Południu. Główna bohaterka, Charlotte, nie może się doczekać wyjazdu do college’u, choć ostatnie tragiczne wydarzenia nie dają jej spokoju: matka nastolatki popełniła samobójstwo. Na domiar złego w mieście dochodzi do brutalnych zabójstw dziewczyn, co może mieć związek z nagłym powrotem byłego chłopaka Charlotte. Raboya jednak nie interesują klasycznie prowadzona intryga i kryminalna zagadka. Skupia się na nastroju i aurze zagrożenia, powoli destyluje emocje i zaciera granicę między prawdą a złudzeniami, jawą a snem. W swoim przywiązaniu do wizualnej strony i precyzyjnych portretów dziewczyn „Gigant” może się kojarzyć z pamiętną „Marthą Marcy May Marlene” Seana Durkina.

 

Zeroville i Pretenders
reż. James Franco

Jedni go nie znoszą, drudzy wielbią, śledząc każdy jego wybryk bądź film (czasem to synonimy). Choć ta pierwsza grupa ostatnio chyba rośnie w siłę, to trudno odmówić Franco charyzmy i pracowitości. Na pewno też nie obchodzi go krytyka. Porwał się na ekranizacje Faulknera, McCarthy’ego i Steinbecka, nakręcił found-footage’owy thriller złożony tylko z ujęć z nim samym z serialu „Szpital miejski”, a jego największym artystycznym sukcesem pozostaje film o kręceniu najgorszego filmu świata. Widzowie American Film Festivalu uznali Franco za najbardziej wpływowego twórcę kina niezależnego i dlatego we Wrocławiu będzie można obejrzeć trzy jego produkcje. Oprócz wspomnianego „Disaster Artist” zobaczymy „Zeroville” o rozkochanym w kinie, naiwnym chłopaku, który zjawia się z w Hollywood, by odmienić swoje życie. Tyle że tatuaż z Elizabeth Taylor i Montgomerym Cliftem na łysej głowie raczej mu nie pomoże. Z kolei „Pretenders” to historia trójkąta uczuciowego, będąca jednocześnie hołdem dla francuskiej Nowej Fali. W obu oczywiście gra Franco, oba przeleżały trochę czasu na półce. Warto się przekonać, czym reżyser podpadł producentom.

 

-->