Jedna z najciekawszych aktorek swojego pokolenia, 31-letnia Gemma Arterton była już dziewczyną Bonda, perską księżniczką u boku Jake’a Gyllenhaala, łowczynią czarownic w dorosłej wersji bajki o Jasiu i Małgosi, erotyczną tancerką-wampirem, ale także – jak przystało na świetnie wykształconą brytyjską aktorkę – Tess d’Urberville w miniserialu BBC i Elizabeth Bennet w reinterpretacji klasyka Jane Austen. Poza imponującą filmografią, Gemma zachwyca poczuciem humoru, ogromnym dystansem do siebie i swoich licznych ról, a także szczerością, inteligencją i taktem. Nie rozmawia o życiu prywatnym, stroni od blasku fleszy, a w pracy zachowuje pełen profesjonalizm. Jest też niezwykle świadoma swojego ciała, dzięki czemu wydaje się niezwykle bliska, normalna. Taka po prostu… zwyczajna dziewczyna.
Co bierzesz przede wszystkim pod uwagę decydując się na wzięcie udziału w jakimś filmowym projekcie? Jak to było ze „Zwyczajną dziewczyną”?
Dla mnie zawsze najważniejsza jest historia. Pewnie słyszysz to od wielu aktorek i aktorów, ale ja naprawdę czytam scenariusze. Od niedawna dostaję je zarówno po angielsku i francusku, bo zaczęłam częściej grać też w obcym języku. Uwielbiam porównywać różne postaci, myśleć, jak mogłabym się sprawdzić w różnych wcieleniach. Jeśli scenariusz mi się podoba, podejmuję decyzję. Tak było właśnie ze „Zwyczajną dziewczyną” – to fenomenalna opowieść! Do tego dialogi są napisane w niesamowicie precyzyjny sposób, nie sposób nie zakochać się w tej historii! Natomiast uważam, że wielu reżyserów podejmuje ryzyko obsadzając mnie w głównej czy w jednej z głównych ról, bo nie należę do pierwszej ligi Hollywood. Do każdego aktorskiego zadania podchodzę jednak jak do najważniejszego na świecie. Istotne jest też dla mnie, by z poszczególnymi twórcami podejmować dialog o roli kobiet w branży. Z Lone Scherfig, – reżyserką „Zwyczajnej dziewczyny” – doskonale się w tej kwestii rozumiemy. Mam taką swoją małą misję, by przy promocji każdej swojej roli w filmie poruszać kwestie równości kobiet w biznesie filmowym. To taka moja mała krucjata, ale mam wrażenie, że jeśli tylko uda się skierować uwagę mediów w tę stronę, coś się uda wreszcie zdziałać.
Bardzo często zmieniasz się w kinie, twoje role są trudne do jednoznacznej kwalifikacji. Jak określiłabyś swoje zawodowe wybory?
Trudno mi właściwie podać jedną czy dwie główne cechy mojej twórczej pracy. Wydaje mi się jednak, że podobnie jak w życiu, także na planie jestem bardzo zmienna, nieprzewidywalna i kapryśna. Zmieniam się codziennie. Jednego dnia chodzę cała w skowronkach, wesolutka i otwarta, by za chwilę wpaść w stan lekko depresyjny. Być może więc to są te trzy słowa, które mnie najlepiej określają. Chociaż znając moją naturę, za moment może to być coś zupełnie innego.
Czy takich właśnie słów mogłabyś użyć, by opisać Catrin Cole, swoją fascynującą bohaterkę ze „Zwyczajnej dziewczyny”?
To niezwykła postać, takie się właściwie w kinie dzisiaj nie zdarzają, a szkoda. Catrin jest przede wszystkim pisarką, więc uważnie obserwuje, wchłania to, co ją otacza i przetwarza na własny użytek. Urzekło mnie w niej to, że jest naprawdę mądra i zaradna, chociaż nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Zwykle główni bohaterowie są pewni siebie, charyzmatyczni, skoncentrowani – Catrin natomiast pełna jest wątpliwości i wydaje się w czarujący sposób niedoskonała, co czyni ją szalenie atrakcyjną. Bardzo mnie cieszy, że scenarzyści uznali, że to ją wyróżnia i sprawili, że jest na pierwszym planie. Nie musi chować się za plecami mężczyzny, ale potrafi o siebie godnie zawalczyć. To jednak nie tylko moja czy scenarzystów zasługa, ale i fantastycznej Lone Scherfig. Lone ma niesamowitą i rzadką umiejętność tworzenia na planie wyjątkowej atmosfery, dzięki czemu każdy czuje się swobodnie i ma szansę zaprezentować cały swój potencjał. No i jest kobietą!
Czy grając po francusku czujesz się równie swobodnie jak na planie z Lone Scherfig, czy to jednak wciąż wyzwanie?
Granie po francusku nie jest dla mnie łatwe, ale jestem niezwykle zmotywowana, żeby grać też we francuskim kinie. Zawsze trochę się tego obawiam. Z lingwistycznego punktu widzenia zwykle mam do czynienia z dosyć prostymi dialogami, trochę schematycznymi – nie jestem Francuzką, więc oferowanie mi ról Francuzek mogłoby być ryzykowne. Od francuskich aktorek bardzo dużo się jednak uczę, niedawno nawet wystąpiłam w filmie z Adèle Exarchopoulos, znaną m.in. z „Życia Adeli”. Obie wykonujemy ten sam zawód, ale jednak podejście do pracy i konkretnych ról mamy zupełnie inne. Rola w obcym języku jest jak założenie kolejnej maski. Bardzo mi się to podoba.
Granie w obcym języku to wyzwanie nie lada, ale czy podobnie jest z wcielaniem się w postaci z epoki? W „Zwyczajnej dziewczynie” cofasz się do lat 40. XX wieku.
To właściwie spełnienie marzenia. Zawsze chciałam zagrać w filmie osadzonym w tej epoce. Na planie „Zwyczajnej dziewczyny” podobało mi się wszystko: sposób mówienia bohaterów, wnętrza, styl i szyk, maniery. Z punktu widzenia współczesnej aktorki to czasy niesamowicie interesujące, zupełnie jak wehikuł czasu. Uwielbiam takie wyzwania!
Mówiłaś o Adèle Exarchopoulos, która, biorąc pod uwagę jej filmografię, nie ma żadnych problemów z pokazywaniem ciała. Ty sama kilkakrotnie wspominałaś, że niespecjalnie lubisz grać z scenach miłosnych. Jak więc radzisz sobie z tworzeniem pozorów intymności z kimś, kogo nie znasz?
Adèle jest naprawdę wyjątkowa. Otwarta, momentami subtelna i uczuciowa, innym razem zachowuje się jak aktorskie zwierzę. Rzeczywiście ona nie ma chyba żadnych zahamowań i to jest jej niesamowity atut. Sceny miłosne bywają dla mnie czasem problematyczne. Szczególnie w sytuacjach, gdy partner czy partnerka nie czuje się pewnie i się wstydzi, a wierz mi, są też tacy aktorzy. W takich sytuacjach po prostu trzeba jakoś sobie poradzić, potraktować to jako kolejne aktorskie zadanie i już. Nawet jeśli tego rodzaju scena jest niezwykle intensywna i emocjonalna. Na przykład na planie „Zwyczajnej dziewczyny” po raz pierwszy poznałam mojego ekranowego partnera Sama Claflina i od razu pierwszego dnia zdjęć mieliśmy do zagrania scenę pocałunku. No cóż, to część tej pracy, ja w każdym razie nie narzekam (śmiech). Natomiast jeśli chodzi o ciało… jestem pewna wielu rzeczy w życiu i w zawodzie, który wykonuję, ale nagość nigdy jedną z nich nie była. Nie sądzę, że rozbieranie się do naga przy każdej okazji jest zawsze uzasadnione i dlatego bardzo uważnie dobieram scenariusze również pod tym kątem. Mam specyficzną figurę i nie czuję się zbyt komfortowo, kiedy muszę zdjąć ubranie.
Co masz na myśli mówiąc „specyficzną figurę”?
Jestem raczej krągła jeśli chodzi o hollywoodzkie standardy, więc rozbierane sceny zawsze były jakimś „tematem” do poruszenia w rozmowie z reżyserem czy producentem. W każdym razie unikam nagości jeśli nie jest to absolutnie konieczne.
Podobno też kiedy możesz unikasz pojawiania się na czerwonych dywanach.
To część pracy aktora. Akceptując warunki zawodu trzeba iść na pewne ustępstwa i godzić się również na takie wystąpienia. Ale rzeczywiście, nie robię tego zbyt chętnie. Wszystkie spotkania z prasą, gale i przyjęcia traktuję jako swego rodzaju obowiązek. Czasem sprawia mi on przyjemność, czasem nie. Ale kiedy naprawdę nie mam na to ochoty, wmawiam sobie, że to nie chodzi o mnie, tylko o film, o tych wszystkich twórców, którzy włożyli pracę i wysiłek, bym ja mogła się po tym dywanie przejść. Wtedy jest naprawdę lżej. Poza tym zdaję sobie sprawę, że jest wielu ludzi, dla których taki dywan stanowi sens życia i choć ja do nich nie należę, robię co trzeba. Blichtr i splendor staram się brać na chłodno, nigdy śmiertelnie poważnie. Wszyscy mamy w końcu jakieś role do odegrania…
Jak wobec tego oceniłabyś swoje podejście do gry aktorskiej? Co cię motywuje, co sprawia, że nadal cię to pasjonuje?
Lubię zmienność, to, że czasem mogę być dzika i robić pewne rzeczy zupełnie instynktownie, innym razem w sposób absolutnie kontrolowany. Wszystko zależy od roli i ekipy, z którą właśnie pracuję. Mam to szczęście, że bardzo dużo występuję też w teatrze, co daje mi niesamowitą siłę. Żałuję nawet, że nie tak często odczuwam podobną swobodę kręcąc filmy. Teatr sprawia, że jestem bardziej dostępna, podejmuję ryzyko, ale też mam z grania niesamowitą frajdę. Zapewnia mi też stały dopływ adrenaliny i pozytywnych emocji. Chyba chodzi o to, że scena zajmuje mnóstwo czasu, jest niezwykle angażująca i wymagająca, ale reakcje żywej publiczności wynagradzają wszystkie trudy. Bardzo ważna w tym fachu jest umiejętność osiągnięcia równowagi między tym, co oddajesz scenie, a tym, co odbierasz. U mnie ten bilans jest zdecydowanie dodatni.
Od wielu lat grasz w filmach i na londyńskich i światowych scenach. Czy mimo rozpoznawalności i dużego doświadczenia wciąż jest coś, co chcesz udowodnić?
Jest wiele aktorek i aktorów, których podziwiam, którzy potrafią zagrać absolutnie wszystko. Myślę, że to pewnie stan, do którego dążę.
Kogo masz na myśli?
Uwielbiam Genę Rowlands i Emily Watson. Mam wrażenie, że świetnie czują się w każdym gatunku, każdym stylu i epoce. Bardzo odpowiada mi taki eklektyzm. Chciałabym móc pewnego dnia powiedzieć, że ja też potrafię wszystko, wtedy czułabym się naprawdę spełniona i szczęśliwa. Na razie staram się o różne role, czasem zupełnie skrajne i oczywiście nie zawsze dostaję to, na czym mi zależy, ale to też akceptuję. Wybieram z tego, co mi oferują – to zupełnie normalne, choć czasem dość frustrujące.
Myślisz o jakiejś konkretnej roli, o której marzyłaś, ale która w końcu trafiła do kogoś zupełnie innego?
Jest takich ról całe mnóstwo, ale oczywiście to pozostanie moją tajemnicą (śmiech). Czytam bardzo wiele scenariuszy, w których widzę dla siebie ciekawą rolę, ale często nie dostaję żadnej odpowiedzi zwrotnej. Jak to w życiu! Tak to działa, czasami zupełnie nieistotne są przesłuchania, w których również od czasu do czasu biorę udział. Ważna jest wizja reżysera czy producenta. Często po prostu potrzebują kogoś szczuplejszego, młodszego, starszego, bardziej blond, ale to już nie mój problem.
Prawie jak w „La La Land”. Widziałaś ten film, prawda?
Widziałam go, kiedy zasiadałam w jury konkursu głównego na festiwalu filmowym w Wenecji. Wydaje mi się, że wiele hollywoodzkich castingów wygląda dokładnie jak w tym filmie, niestety. Identyczne aktorki biegają od przesłuchania do przesłuchania, a ty zaczynasz się zastanawiać, co się porobiło z tym światem. Jednak w Wielkiej Brytanii obowiązuje jakaś etykieta, trochę się ten proces ucywilizował. Przynajmniej uczestnicy nie widzą się nawzajem, organizatorzy zachowują określone odstępy czasowe między kolejnymi próbami.
Ja sama nie przepadam za castingami, kiedy dostaje się kartkę z kilkoma scenami – każda inna, od naukowych dialogów aż po sceny miłosne. Organizatorzy oczekują, że w kilka minut nauczysz się wszystkiego na pamięć i jeszcze będziesz przekonująca! Te drobne fragmenty scenariusza oczywiście nie mają żadnego sensu, ale twoim zadaniem jest właśnie odnaleźć sens w przypadkowym bełkocie. Do tego dochodzi stres, komisja wysyłająca smsy i odbierająca ciągle telefony… straszne!
Czy to dlatego kiedyś wspomniałaś, że Hollywood nie potraktowało cię zbyt łagodnie?
Ja po prostu jestem chyba za bardzo europejska, tak się przynajmniej czuję. Pracowałam w bardzo wielu miejscach w Europie, to mój świat. Tu też mogę swobodnie przechadzać się po ulicach niekoniecznie jadąc samochodem, co akurat w Hollywood z pewnością nie byłoby możliwe.
Zbliża się premiera kolejnego bardzo europejskiego filmu z twoim udziałem i to będzie następna romantyczna rola. Tym razem u rumuńskiego reżysera Radu Mihaileanu.
Tak, to cię może zainteresować, bo gram polską imigrantkę Żydówkę w pięknej miłosnej historii na podstawie powieści bestsellerowej autorki Nicole Krauss. Akcja dzieje się na przestrzeni 60 lat w czterech różnych lokalizacjach i jest naprawdę bardzo wzruszająca. Na razie jednak zapraszam gorąco do kin na „Zwyczajną dziewczynę”!
rozmawiała: Magdalena Maksimiuk




