11-letni bliźniacy spędzają lato na austriackiej prowincji. Beztroską atmosferę zakłóca jednak przybycie intruza. To ich matka. Albo kobieta, która się pod nią podszywa. Z twarzą po zabiegu chirurgicznym, z przekrwionymi oczami i obwiązana ciasno bandażami, nie przypomina dawnej opiekuńczej mamy. Jest oschła i milcząca, ustala nowe, surowe zasady wspólnego mieszkania, a sama spędza długie godziny zamknięta w sypialni. Coraz bardziej podejrzliwi chłopcy postanawiają ustalić tożsamość agresywnej kobiety.
Fabularny debiut austriackich twórców to jeden z tych filmów, w przypadku których nie należy zbyt wiele zdradzać, by nie odebrać widzom przyjemności z seansu. „Widzę, widzę” zaczyna się jak klasyczne kino inicjacyjne. Długie ujęcia dziecięcych zabaw, dopracowane kadry na granicy maniery, sporadyczne dialogi – wszystko, do czego przyzwyczaił nas europejski film festiwalowy. Jednak para twórców za pomocą montażu i dźwięku konsekwentnie buduje poczucie niepewności i atmosferę zagrożenia. W końcu sięga jednak po rekwizyty z zupełnie innej, filmowej półki – rodem z kina eksploatacji i horrorów.
Taki obrót spraw niektórych widzów z pewnością może rozczarować czy zirytować, ale dzięki gatunkowej wolcie finał „Widzę, widzę” jeszcze bardziej szokuje. Pozbawia przemoc umowności, do której przyzwyczaiły nas klasyczne horrory. Reżyserka Veronika Franz jest prywatnie partnerką Ulricha Seidla i współscenarzystka jego trylogii „Raj”. Wraz z kuzynem reżysera Severinem Fialą zrealizowali bardzo seidlowski film w konwencji horroru. Mimo różnych estetyk „Widzę, widzę” łączą z dziełami Austriaka bohaterowie – negują rzeczywistość, pielęgnują urazy i sięgają po przemoc po to, by podtrzymać swoje iluzje.

