Z Tomem Hiddlestonem o szpiegach, nowych serialach i filmach

Prawdziwa miłość do sceny narodziła się u niego podczas nauki w elitarnym Eton i od tamtej pory o Tomie Hiddlestonie stało się coraz głośniej. Największą popularność zdobył dzięki roli Lokiego, brata Thora, natomiast ostatni film, który przyniósł mu rozgłos to „High Rise”. Z jednym z najlepszych brytyjskich aktorów o fascynacji filmami szpiegowskimi, pojęciu feminizmu, zaangażowaniu w produkcję serialu „Nocny recepcjonista” i działalności charytatywnej porozmawiał Piotr Czerkawski.

Tydzień przed naszą rozmową obchodziłeś okrągłe, 35 – urodziny. W jaki sposób je świętowałeś?

Spodziewasz się pewnie, że zorganizowałem szaloną imprezę rodem z filmu „High Rise”. Przykro mi, ale cię rozczaruję. Właściwie cały dzień spędziłem na planie i nie zauważyłem, że to dla mnie jakaś szczególna data. Chociaż nie, przypominam sobie, że ekipa ufundowała mi skromny torcik. Jak widzisz, jestem więc grzecznym chłopcem i staram się nie ułatwiać pracy agresywnym brytyjskim tabloidom.

Ostatnio włożyłeś sporo wysiłku w pracę nad miniserialem „Nocny recepcjonista”. Czy zgadzasz się z twierdzeniem, że formaty telewizyjne mogą dziś stanowić poważną konkurencję dla filmów kinowych?

Rzeczywiście, niektóre projekty, ze względu na swoją złożoność i stopień skomplikowania, wydają się wręcz stworzone dla telewizji. Osobiście zresztą nigdy nie uważałem tego medium za gorsze niż kino. Wynika to pewnie z faktu, że jestem ogromnym szczęściarzem i jedne z pierwszych ról, za które dostałem jakąkolwiek gażę, zagrałem w bardzo dobrych filmach produkowanych przez HBO. Przy „Conspiracy” miałem okazję pracować z Frankiem Pearsonem, który napisał scenariusze od „Nieugiętego Luke’a” i „Pieskiego popołudnia” , a w „The Gathering Stone” wcieliłem się w syna Winstona Chruchilla i spotkałem na planie takie gwiazdy jak Albert Finney czy Vanessa Redgrave. A to wszystko, gdy miałem niewiele ponad 20 lat! Chyba nic dziwnego, że zakochałem się w telewizji od pierwszego wejrzenia?

tom hiddelson

Co najbardziej zaskoczyło cię podczas pracy nad „Nocnym recepcjonistą”?

Pamiętam, że świetnie współpracowało mi się z reżyserką Susanne Bier. Świat kina i telewizji bywa okrutny i bezlitosny dla kobiet, ale ona czuje się w nim jak ryba w wodzie i to zarówno w ojczystej Danii, jak i w świecie anglojęzycznym. Byłem pod wrażeniem charakteryzującego Susanne perfekcjonizmu i bezkompromisowości w dążeniu do prawdy. Jeśli jakaś scena jej się nie podobała, nie bawiła się w konwenanse, tylko powtarzała: „Czuję tu fałsz. Zagraj to jeszcze raz!”. Była w tym bardzo bezpośrednia, ale nie ma dla aktora nic lepszego niż reżyser, który potrafi przekazywać komunikaty w sposób jednocześnie prosty i precyzyjny. Wiadomo, że teraz kiedy siedzę w wygodnym fotelu, łatwiej docenić mi taką postawę niż wtedy, gdy męczyliśmy się na planie przy pięćdziesiątym dublu. Niemniej, jestem pewien, że jeśli „Nocny recepcjonista” ma w sobie jakąkolwiek wartość, jest to w dużej mierze zasługą uporu Susanne.

Zawsze oczekujesz od twórców, z którymi pracujesz, że będą tak bardzo wymagający?

Reżyser musi być twardzielem. Kreatywna energia, która rodzi się na planie, potrafi być bardzo ulotna. Wystarczy chwila nie uwagi i – jeśli nie masz pomysłu jak ją zatrzymać – zostanie bezpowrotnie utracona. Lubię powtarzać, że praca nad filmem jest jak eksperyment z łapaniem pioruna do butelki. Czegoś takiego może dokonać tylko ktoś, kto jest odważny i zdeterminowany. Właśnie takich cech szukam u ludzi z jakimi pracuję.

Grywasz zarówno w filmach autorskich, kinie gatunkowym i superbohaterskich blockbusterach. Czy zależy ci na tym, żeby każda twoja rola była inna od poprzedniej?

Niech żyją małe różnice! Choć niewiele osób zwraca na to uwagę, praca aktora – niezależnie od filmu, w którym gra – polega z grubsza na tym samym. Zadaniem każdego z nas jest w końcu jak najgłębsze wniknięcie w ludzką psychikę. Żeby wciąż sprawiało nam to frajdę, musimy wcielać się w postacie, które różnią się od siebie nawzajem albo funkcjonują w zupełnie odmiennych środowiskach. Oczywiście, proces doboru ról nie polega wyłącznie na intelektualnej analizie. Wiele decyzji okazuje się instynktownych i podjętych pod wpływem impulsu, który nie chce ujawnić swego źródła pochodzenia. Wcale mi to jednak nie przeszkadza. Kto powiedział, że wszystkie życiowe wybory muszą być racjonalne?

loki, tom hiddelson

Na pewno są jednak jakieś warunki, które muszą spełniać kolejne role, żebyś zdecydował się je przyjąć?

Jest ich bardzo wiele – niektóre wydają się uniwersalne, inne zależą od specyfiki konkretnych projektów. Postacie, które gram, muszę być przede wszystkim odpowiednio wielowarstwowe i złożone psychologicznie. Każdy z nas ma przecież w swoim życiu wiele twarzy. Kiedy rozmawiam z tobą, zachowuję się zupełnie inaczej niż wtedy, gdy siedzę z rodziną przy bożonarodzeniowym stole. Jonathan Pine z „Nocnego recepcjonisty” zaintrygował mnie, gdyż potrafi być bardzo pewny siebie, a za chwilę zaskakująco kruchy. W przypadku serialu Susanne Bier równie ważny argument stanowiło to, że od dawna jestem wielkim fanem Johna le Carre, czyli autora literackiego pierwowzoru „Recepcjonisty”.

Le Carre jest popularny również w Polsce, ale w Wielkiej Brytanii to już prawdziwy człowiek – instytucja. Czy pamiętasz kiedy po raz pierwszy zetknąłeś się z jego powieściami?

Jako dziecko zwróciłem uwagę na – wystawioną w księgarni koło domu – książkę „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg”. Zaintrygował mnie przede wszystkim jej tytuł, do dziś uważam zresztą, że jest niesamowity. Oczywiście, w pełni doceniłem twórczość Le Carre dopiero wiele lat później, gdy zrozumiałem, że to jeden z najbardziej przenikliwych analityków brytyjskiej duszy i sprzeczności tkwiących w naszej narodowej mentalności.

Które z nich udało się pokazać Le Carre w „Nocnym recepcjoniście”?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, wystarczy spojrzeć na postać mojego filmowego przeciwnika – handlarza bronią Richarda Ropera. Pod pewnymi względami to modelowy brytyjski gentleman: wyrafinowany, dowcipny, typ faceta, z którym chętnie wybrałbyś się na lunch. Problem w tym, że swoje luksusowe życie zawdzięcza on robieniu najgorszych rzeczy, jakie jesteś w stanie sobie wyobrazić. Gdy Le Carre go opisuje, jest przepełniony wściekłością, która bije autentycznie z każdego zdania.

W rolę Ropera wcielił się Hugh Laurie, który wcześniej powtarzał, że jego marzeniem byłoby zagranie Pine’a. Czy ta świadomość nie prowokowała między wami niezdrowych sytuacji na planie?

Zdecydowanie nie. Jesteśmy profesjonalistami i często stykamy się z sytuacjami, gdy dostajemy inne role niż te, do których nas przymierzano. Sam miałem tak choćby z przełomowym dla mojej kariery występem w „Thorze”. Początkowo zaoferowano mi rolę tytułową, ale ostatecznie skończyłem jako Loki i w efekcie świetnie na tym wyszedłem. W przypadku „Recepcjonisty”, bardzo dobrze było mieć obok siebie kogoś, kto zna tę książkę na wylot i uwielbia ją tak jak Hugh. Obaj powtarzaliśmy zresztą, że Pine i Roper grają ze sobą w kotka i myszkę i nieustannie zamieniają się rolami. W gruncie rzeczy są do siebie bardzo podobni i różni ich tylko fakt, że Pine ma rozwinięte poczucie moralności, którego Roper jest zupełnie pozbawiony.

Od dawna deklarujesz się jako wielki fan kina szpiegowskiego. Co właściwie cię w nim pociąga?

Postać szpiega zawsze musi wykazać się wielką odwagą. Dokonuje w końcu wyboru, który na zawsze wyklucza go z normalnego życia, stawia po stronie tajemnicy i niedopowiedzenia. Moi ulubieni filmowi agenci, w których życiu dylematy te przybierają szczególnie dramatyczny wymiar, to Jason Bourne i Jack Bauer z „24 godzin”.

Ciekawe, że nie wymieniłeś Jamesa Bonda. Zapewne masz świadomość, że wielu fanów serii chętnie widziałoby w tej roli właśnie ciebie.

Mogę powiedzieć tylko, że – jak chyba każdy Brytyjczyk – od dziecka uwielbiam filmy o Bondzie. Gdyby tylko producenci zaoferowali mi angaż, zgodziłbym się bez wahania. Staram się jednak trzymać dystans wobec spekulacji medialnych i na pewno nie zasypiam każdego wieczoru z myślą, że obudzę się jutro jako nowy Bond.

Tom Hiddleston as Jonathan Pine and Elizabeth Debicki as Jed Marshall - The Night Manager _ Season 1, Gallery - Photo Credit: Mitch Jenkins/The Ink Factory/AMC

Nie odnosisz wrażenia, że Pine z „Nocnego recepcjonisty” ma z Bondem wiele wspólnego?

Jeśli mam być szczery, rzeczywiście dyskutowaliśmy o tym z Susanne. Oboje postanowiliśmy podkreślić, że – pomimo paru ewidentnych podobieństw – Pine jest jednak znacznie bardziej realistyczną postacią niż Bond. W przeciwieństwie do agenta 007, który nie robi nic poza bezrefleksyjnym wypełnianiem kolejnych misji dla rządu, nasz bohater przeżywa za sprawą swych działań silne rozterki i ma poczucie winy w związku z błędami, które popełnił w przeszłości. Najlepiej zresztą scharakteryzował Pine’a John Le Carre, który w jednym z fragmentów książki określił go jako: „wieczystego uciekiniera od uwikłań emocjonalnych, nocne stworzenie na dobrowolnym wygnaniu i marynarza, który nie zna swego portu przeznaczenia”.

W jednym z wywiadów zdefiniowałeś się niedawno jako feminista. W jaki sposób ta świadomość wpływa na twój sposób myślenia o kinie i aktorstwie?

Feminizm to bardzo szerokie pojęcie i wszystko zależy od jego definicji. Dla mnie oznacza przede wszystkim dążenie do niekwestionowanej równości między płciami. Każda sytuacja, gdy kobiety są dyskryminowane względem mężczyzn napawa mnie obrzydzeniem. Dlatego, gdy czytam scenariusz, w którym przedstawicielki płci przeciwnej są traktowane z góry albo pełnią wyłącznie funkcję ozdób męskich bohaterów, zawsze odmawiam udziału w filmie. Zaręczam, że odrzuciłem w ten sposób już kilka propozycji. Nie wolno jednak popadać w paranoję. Kilka razy spotkałem się z sugestiami, że osobą pozbawioną podmiotowości jest także Sophie z „Nocnego recepcjonisty” i w ogóle się z tym nie zgadzam. Gdy tylko przeczytałem książkę, byłem pewien, że Pine wcale nie dominuje nad Sophie, lecz oboje darzą się szczerym i jednakowo silnym uczuciem.

O twoim zaangażowaniu społecznym świadczy także współpraca z UNICEFEM. Dlaczego zdecydowałeś się wesprzeć akurat tę organizację?

Ze wszystkich znanych mi inicjatyw tego rodzaju, UNICEF jest zdecydowanie najbardziej skuteczny. Nie da się zresztą nie identyfikować z działaniami tych, którzy dążą do wyrównania szans dzieci na całym świecie. Bardzo wiele z nich wciąż cierpi przecież z powodu biedy, konfliktów wojennych czy katastrof naturalnych. Gdy wystąpią okoliczności, w których dzieciom dzieje się jakaś krzywda, ludzie z UNICEFU często jako pierwsi zjawiają się na miejscu, żeby im pomóc. Podziwiam taką postawę i skoro nie mogę czynnie uczestniczyć w akcjach UNICEFU, robię, co mogę, żeby je chociaż nagłaśniać.

Czy uważasz, że celebryci powinni częściej używać swojej sławy do wspierania działalności dobroczynnej?

Nie sądzę, by w tej kwestii dało się zdziałać cokolwiek za sprawą presji czy przymusu. Każdy powinien decydować sam za siebie. Osobiście uważam, że moje zaangażowanie jest kwestią odpowiedzialności etycznej. Jeśli już kogoś obchodzi mój głos w sprawach publicznych, staram się po prostu używać go najmądrzej jak potrafię. Wierzę, że dotychczas nie mam się czego wstydzić.

2 komentarze

Dodaj komentarz

-->