Nic na siłę. Kłódek nie można szarpać, sejfów kopać, pokoju demolować. Agresją nic się nie wskóra. Postaw na myślenie. Tak w skrócie brzmi regulamin Let Me Out. Logicznej gry, której celem jest wydostanie się z pokoju. Nie wirtualnego, lecz realnego. Klamka zapadła. Drzwi się zamknęły. Czas start.
– Ludzie się obrażają, kłócą i zaczynają panikować. Szczególnie w ostatnich minutach gry – mówi Mateusz z Let Me Out. – Najbardziej cierpią ambitni, bo z pokoju wydostać się nie jest łatwo. Czas leci, a grupa nie potrafi się porozumieć. Wtedy często padają ostre słowa. Zagadki oparte są na logicznym myśleniu, a to pod wpływem stresu siada. Nie wiesz, co drzemie w ludziach, dopóki nie zamkniesz ich w ciasnym pokoju i nie każesz współpracować – dodaje.
Dziewczyny Bonda brak
Do Let Me Out przychodzimy bladym świtem. Nasze mózgi nie są w najlepszej formie po piątkowej nocy. Poziom zgrania również wątpliwy, bo w grze biorę udział ja, stażystka Asia, którą widziałam trzy razy w życiu, i Marcin, kolega z liceum, z którym ostatni raz współpracowałam, ściągając na klasówce z historii. – Pierwsze pięć minut to pokazówka. Ludzie zwykle pokazują, że wcale im nie zależy, że to tylko głupia zabawa i nie ma co się spinać – śmieje się Mateusz, który wszystkie grupy obserwuje z ukrytej kamery. – Po kilku minutach wyłania się w końcu lider. Niestety, często zupełnie nieskuteczny. Wielokrotnie obserwowałem grupy, w których liderem została osoba kompletnie się do tego nienadająca. Pozostali uczestnicy wpadali na lepsze pomysły, ale bali się je zaprezentować – tłumaczy.
U nas jest podobnie. Ja po wejściu swoim zwyczajem od razu oddaje pole. Kładę się na kanapie i mówię, że będę tylko obserwować, bo nie jestem dziewczyną Bonda. Asia zasłania się aparatem, więc do ataku rusza Marcin. Nie mija dziesięć minut, a każde z nas, już w gorączce, wkręca się do gry. Zasada jest prosta. Trzeba wydostać się z pokoju. Tylko jak to zrobić, kiedy są tam same kłódki i żadnego klucza? – Gra żeruje na nieuwadze i przekombinowaniu. Ludziom trudno uwierzyć, że rozwiązania są proste, więc szukają dziury w całym. Wtedy zwykle przychodzimy z podpowiedzią, bo żal nam patrzeć, gdy uczestnicy szukają odpowiedzi, wertując książki czy atlasy, kiedy wystarczy dodać kilka cyfr – mówi Mateusz. Nie inaczej jest u nas. Liderem zostaje Marcin, który w dzieciństwie naoglądał się filmów sensacyjnych. Zamiast więc szukać klucza, spisujemy daty na stemplach kartek pocztowych, próbując ułożyć z nich szyfr do sejfu. Bezowocnie. Na szczęście nie jesteśmy jedyni. – Grę średnio kończy 70% uczestników, z czego 95% w ostatnich trzech minutach. Najwięcej czasu tracą na początku, kiedy jeszcze wydaje im się, że są w amerykańskim filmie. Potem jest już łatwiej – żartuje. Nasz amerykański sen trwa do końca, no może nie do samego, bo wtedy pewnie skończyłoby się wybuchem, ale do ostatnich sekund. Kombinujemy pod górkę i klucza nie znajdujemy. Po 45 minutach wychodzimy mimo wszystko rozbawieni i bardzo zmęczeni…
cały tekst możesz przeczytać w naszym magazynie tu!

