Nie tak dawno temu, w tej samej galaktyce, dorośli śpiewali z charakterystyczną emfazą „zoOmbie, zoOmbie, zoOmbie” przy wtórze radia, a ich ledwie nastoletnie dzieci zdzierały w tym samym czasie gardła wrzeszcząc „fuck you, I won’t do what you tell me” w blasku telewizyjnego kineskopu. Media głównego nurtu niosły w świat antysystemowy przekaz, muzyka popularna – przynajmniej w części – była zaangażowana w coś więcej niż tylko wizerunek, a później… skończyły się lata 90.
Kilku starszym ludziom co prawda wciąż leży na gitarze dobro świata, a w międzyczasie pojawiła się też garstka młodocianych buntowników, którym w pisaniu protest songów niechęć do rocka zupełnie nie przeszkadza, ale politykę śledzić dziś przez pryzmat piosenek byłoby bardzo trudno. Hipisi ścięli włosy i poszli do pracy w korpo, punki siedzą na squatach i załamują ręce nad kapitalizmem, a hiphopowcy zarabiają kasę nie oglądając się na nic i nikogo. Komu więc pozostaje trząść zastanym, upasionym systemem i wyrywać jego beneficjentów z błogiego, apatycznego wygodnictwa?
Płytę, która antywojenną perspektywę Polly poszerzyła o kontekst Bałkan, Bliskiego Wschodu i Stanów Zjednoczonych, zaobserwowanych tam ludzkich tragedii, systemowych patologii i ponadpaństwowych interesów. Płytę, która folkrockowej formule przywraca funkcję mównicy, a jednocześnie wciąż testuje jej stylistyczne granice, wykorzystując nagrania terenowe, dawne instrumenty i jazzowe dęciaki. Płytę, której zdarza się co prawda omsknąć w rejony sensacyjnego reportażu, który cały świat odmalowuje w najciemniejszych barwach, ale ten radykalizm jest zwykle potrzebny, żeby skłonić ludzi do powtarzania za artystą tekstów takich jak choćby: „what we do, why we do, I have no excuse”. Płytę ważną i potrzebną, poruszającą jednocześnie ciało, umysł i sumienie.

