Pięć zasad berlińskiej hipsterki

Berlińscy hipsterzy poszli po rozum do głowy i zaczęli wreszcie nazywać się hipsterami. Przyznanie się w tym mieście do bycia modnym nie wiąże się ostracyzmem, ale co najwyżej czujniejszym spojrzeniem. Co zabawne, sami swoje miasto uważają za passe. Teraz podobno czas na Tel Aviv, ale za nim o tym. Zobaczcie na co lansują się w Reichu:

Ojcostwo. Tutejsi hipsterzy trochę statusiali. To przykre, ale jeśli chcesz być modny, to musisz sobie zrobić dziecko. Najlepiej ładne i o odmiennym kolorze skóry. Tylu modnych ojców nie widziałam w żadnym innym mieście. W Berlinie furorę robią nie kawiarnie dla matek, bo to zbyt oczywiste, ale dla ojców właśnie. Z chustami, nosidełkami, na rowerkach i za rączkę. Tatusiowe są tu wszędzie. Ubrani pod kolor dziecka albo na odwrót.

Eko Eko. Męczy was warszawska moda na ekologię? Wpadnijcie do Berlina. Tu ekologicznie jest do kwadratu. W kawiarniach nie ma pięknych, apetycznych ciastek tylko „ekologiczne i wegańskie zagniotki”, w sklepach półki „eko” atakują z każdej strony a na ulicznych straganach z kiełbaskami i parówkami jest specjalna sekcja ekologiczna mięs ze świń, które jadły tylko ekologiczne jabłka.

Vintage. Niby nic nowego. A jednak. Vintage ciuchy w Berlinie zdominowały każdy metr kwadratowy. Na mojej ulicy ubrania vintage sprzedaje się w sklepie z płytami, warzywniaku i barze. Każdy kąt jest dobry, żeby postawić wieszak, powiesić kilka kurtek bejbolówek, jedną dżinsówkę, coś z kreszu i uwaga! Berliński hit – bawarskie ubrania ludowe. Z naciskiem na kubraki. Ciepłe, bure, wełniane i w szarotki.

No laptop. O tym już pisałam trochę, ale niewtajemniczonym warto przypomnieć. W modnych berlińskich barach, które swoją drogą mają iście hipsterskie godziny otwarcie (poniedziałek zamknięte, ale co drugi, wtorek od 19, ale już czwartek od 11), panuje zakaz używania komputerów. Hipsterka jest teraz eko. Stara Nokia, zeszycik i długopis. Na fejsie lansujemy się nocami. Poranki są na przemyślenia z głowy.

Nowomowa. To też nic nowego może, ale jednak mocno razi. Ponieważ w Berlinie są „wszyscy” to nikt nie mówi w jednym języku. Na porządku dziennym jest przechodzenie w jednym zdaniu z niemieckiego na angielski, wrzucanie tureckich słówek i francuskiego zaśpiewu. Mowa potrafi zmylić. Niemca po niemieckim nie poznasz. Może prędzej po wzroście i zaroście, ale i to nie jest pewne. Plusem sytuacji jest fakt, że zawsze się dogadasz. Tu „kurwa”, tam „morgen”, międzynarodowy „hipster” i jesteś w domu.

Dodaj komentarz

-->