Wodecki czy #Woods? #Japandroids a może jednak bardziej Uncle Acid&The Deadbeats? Zdania są podzielone. Jedno jest pewne tegoroczny #OFF należał do wyjątkowo udanych, więc i wybory są trudne. Zobaczcie jak wyglądał festiwal oczami jednego z naszych dziennikarzy. Bo oprócz potu, braku snu i słońca było zdecydowanie coś jeszcze..
Ledwie zdążyliśmy się schłodzić pod kurtyną wodną, która wywołała piękną tęczę a już musieliśmy biec na pierwszy koncert. Scenę główną otwierali dla nas #UncleAcidAndTheDeadbeats. Trzydzieści kilka stopni, słońce w twarz i szukająca odrobiny cienia publika. Trochę ciężkie warunki jak na zespół, który swój pierwszy koncert zagrał w marcu tego roku. Brodacze pokazali jednak, że jak się celuje w pozycję następców #BlackSabbath to szatan jest po twojej stronie nawet, jeśli marzysz tylko o krótkich spodenkach i zimnym piwie. Takiego ciężkiego i spoconego stoner rocka nie słyszy się codziennie, więc w każdym z kilku rzędów karki chodziły jak na osiedlowej dyskotece. Zespół sypał przebojami jak z rękawa, a ukoronowaniem koncertu były najmocniejsze pozycje z ostatniej płyty z „Mind Crawler” na czele. I kto powiedział, że trzeba jechać na Red Fang?
Równie wakacyjnie i słonecznie było chwilę później na #Woods. „Scena Leśna” co roku gości drwali, którzy najlepiej potrafią zabrzmieć wśród drzew. Tym razem padło na hipisowskiego rocka w dość mocno rozimprowizowanej wersji. Po youtubowych obczajankach mieliśmy trochę obaw, co do formy koncertowej „leśników”, ale okazało się, że ostatnie sukcesy chyba dodały im skrzydeł i o jakiejkolwiek kakofonii nie ma mowy. Amerykanie popłynęli w transową wycieczkę wzbogacaną orientalnymi wstawkami, w którą w drugiej połowie koncertu zabrali właściwie całą publikę.
Demonstracją starej polskiej szkoły oraz gwiazdą dnia na głównej scenie był jednak #ZbigniewWodecki. Mistrz, bo tylko tak można pisać o nim po tym koncercie, zaprezentował właściwie to, czego mogliśmy się spodziewać. Klasę, kawał doskonałej muzyki i jeszcze raz klasę. Rozmach wykonawczy w stylu Barry’ego White’a oraz nowe aranżacje utworów z klasycznego debiutu były właściwie przysłowiową kropką nad i. Fajnie, że #OFF po raz kolejny okazuje się miejscem, w którym można odkryć nie tylko hipsterskie gwiazdki jednego sezonu, ale też zobaczyć, że istnieje dobra krajowa muzyka, której próżno szukać w telewizji czy na trendsetterskich blogach muzycznych.
Honor punk rocka uratowały w tym roku dwa koncerty. #Japandroids i #TheeOhSees zagrali tak jak publika tego oczekiwała. W końcu było pogo, croudsurfing i inne festiwalowe zabawy czyli najlepsze remedium po pełnych napięcia i skupienia sobotnich mszach nad grobami. Oba zespoły grały ostatnie koncerty na swojej europejskiej trasie, dzięki czemu poziom spocenia po obu stronach sceny w końcu przybrał jakieś normalne proporcje. Bohaterami niedzieli, jeśli nawet nie całej imprezy, okazali się jednak #GOAT. Między szumiącymi drzewami sceny leśnej Szwedzi pokazali, że wywoływanie diabła może mieć ludzką twarz, a zabawa z mrocznymi patentami wcale nie musi oznaczać kilkunastominutowych masturbatorskich solówek. Tańczyliśmy do upadłego, a potem wraz z całą publiką wybłagaliśmy jeszcze jeden bis ku czci Bahusa. W końcu to była już prawie końcówka festiwalu! Prawie bo jeszcze przed drugą w nocy wpadliśmy na Veronica Falls. Twee jest totalnie urokliwym wynalazkiem i gdyby tylko troszeczkę popracować nad zgraniem to rezydujący w Stanach Angole mogą bez problemu zmierzać po tytuł najlepszych pogrobowców The Pastels. Kilka piw, after na schodach i czekamy na edycję 2014. Thx Rojas!
