Bardzo rzadko kupuję jajka. Najczęściej dostaję je od rodziców chłopaka, znoszone przez kury drepczące po kozienickim podwórku. Chodzą po dosyć sporym terenie, więc chyba można to nazwać wolnym wybiegiem. Dzień upływa im na spacerowaniu i dziobaniu. Więc prawdopodobnie są też szczęśliwe. Także mogę śmiało powiedzieć, że jem ekologiczne jajka od szczęśliwych kur z wolnego wybiegu.
Gdy jajek zabraknie, lecę do sklepu i głupieję. Jajka bio, jajka eko, jajka z wolnego wybiegu, a obok jajka firmy o przerażająco obrazowej nazwie “Fabryka Jaj”. Mimo wątpliwości, czy “szczęśliwe jajka”, rzeczywiście różnią się od tych “fabrycznych”, sięgam po te pierwsze.
Na Hali Mirowskiej stoisk z jajkami jest sporo. Miłe babcie sprzedają lekko przybrudzone L-ki i M-ki, delikatnie zmęczony pan dziwi się, gdy pytam, jakim rodzajem pszenicy karmione są kury. Zwykłą paszą pszeniczną, karmą czasem. Czerstwym chlebem. Szczęśliwe kury? W dziób ciężko zajrzeć, nie widać, czy się uśmiechają. A zapytać trudno.
Inaczej rozmowa wygląda przy stoisku wyróżniającym się mocno na tle innych w alejce. Podesty dla jajek, starannie przygotowana ekspozycja, złote papierki, marmurowa, sprowadzona z Włoch (sic!) lada, opakowania niczym w ekskluzywnym butiku. Bo też i jajka ekskluzywne, od ekskluzywnych kur. Trafiłam na stoisko Braci Grotek.
Ostatnimi czasy, o firmie Grotek w mediach aż huczy. Temat chwytliwy bo nagłówki “Jajka od kur karmionych złotem”, czy “20 zł za jedno jajko od kur słuchających muzyki klasycznej” zawsze przyciągają uwagę. Bracia Grotek pragnący zostać braćmi Wachowskimi przemysłu jajczarskiego korzystają ze swoich pięciu minut i z dumą opowiadają o luksusowej kurzej fermie.
Pracownik stoiska przekonuje:
Bracia Grotek stworzyli pierwszą na świecie markę jajek. Jajko owsiane, nasz bestseller, jest jedynym, które doczekało się patentu. Naszym najciekawszym produktem jest, bez wątpienia, jajko Aurum. Kosztuje 20 zł za sztukę. Co je wyróżnia? Kury, które je znoszą, karmione są zgodnie z fazami księżyca specjalną paszą z domieszką złota. Słuchają także muzyki klasycznej, w tym momencie jest to Wagner. Dzięki temu nie są zestresowane. Taka opieka sprawowana nad kurami sprawia, że jajka nie tylko są smaczniejsze, ale także mają o wiele więcej wartości odżywczych. Gdy rozbijemy takie jajo, zobaczymy wyraźne 4 warstwy – to znak, że ma naprawdę wysoką jakość. Każde jajo opakowane jest w złotko. Jadalne.
Polskie jaja od zchillowanych kur kupują celebryci, zamawiają wykwintne restauracje, także lokale znajdujące się w Szwajcarii, Niemczech i Wielkiej Brytanii. Czekam z niecierpliwością na akcję “Zagraj klasykę dla kur”, podczas której celebryci będą mogli zaprezentować swoje talenty przed grzędami luksusowych kokoszek, po to, by potem sygnować drogocenne jaja swoim nazwiskiem.
Na Hali Mirowskiej można kupić niemalże wszystko. Chińskie badziewie. Bakalie, ryż, kaszę, słynną “niemiecką chemię”, świeże warzywa, owoce, mięso i domowe sery. Czas zatrzymał się tu w latach 90. Sprzedawcy wystawiają swoje produkty na kartonowych pudełkach, rozklekotanych stolikach i sceptycznie zerkają na jedyny niepasujący do całości element – stoisko urządzone za sto tysięcy złotych (!), na którym sprzedaje się złote jaja.
Agnieszka Maciejak na swoje skórzane leginsy każe mówić “leggsy”. Zastanawiam się, czy jajka braci Grotek to jeszcze jajka, czy może już eggsy? Życzę im dalszych sukcesów, do swojego targetu z pewnością trafili. Ja czekam na jaja z Kozienic. Od domowych kur-normalsów, które jeszcze nie wiedzą, co to hipsterstwo i nie poprzewracało im się w kuprach.





