Od gimbów dla gimbów – Yung Lean podbił Warszawę

„Ej, ale wy kochacie Yung Leana, co nie? Jak tylko go lubicie to spoko, ale ja go, kurwa, kocham” powiedział jeden z, przybyłych aż z Trójmiasta, fanboyów młodego Szweda w gargantuicznej kolejce wiodącej do małej salki stołecznego Powiększenia.

Warszawski klub przeżył największe oblężenie od dłuższego czasu (a może i największe w swojej pięcioletniej, dobiegającej do końca, historii), a ilość gości w koszulkach A$AP Rocky’ego i rybackich kapeluszach na metr kwadratowy zakrawała na rekord Guinnessa.
Przed tym występem nie zdawaliśmy sobie sprawy jakim kultem otoczony jest siedemnastoletni #MC ze Sztokholmu. Ubrany w przyduży, śnieżnobiały t-shirt młodzian wbił na scenę razem ze swoją kliką po tym jak sala wypełniła się na dobre i rozpoczął swój recital. Wyczilowane, nabuzowane kodeinowym swagiem, bity żarły ze spodziewaną skutecznością, ale nawijkę Yung Leana i jego kumpli z #SadBoys zdominowała ziomalska, nieco przyciężka, imprezowa maniera, która wyparła zadumę i luz znane z jego mixtape’ów i w ten sposób raczej wysunęła cały występ poza radar naszych zainteresowań.

Publiczność jednak kupiła smutną mafię ze Skandynawii i przyjęła ją niezwykle gorąco, co zresztą ucieleśniło się w powietrzu i poskutkowało zwyczajowymi narzekaniami na brak odpowiedniej wentylacji i klimy. Brak komfortu spotęgowały też zupełnie niepotrzebne kłęby dymu, z których słusznie zrezygnowano w drugiej części koncertu. #YungLean nie był jednak ślepy na oddanie polskich fanów i odwdzięczył się niezwykle ciepłymi komentarzami o „najlepszej publice na całej trasie”. W ogólnym rozrachunku występ Sad Boysów był dużym wydarzeniem, może nie w muzycznej klasie, ale na pewno w kategorii „dziania się”. Chętni na powtórkę będą mieli do tego okazję w piątek w Krakowie i tam pewnie będzie niemniej gorąco.

Dodaj komentarz

-->