Jeśli jest jeszcze ktoś, kto łudzi się, że poziom filmu leży w gestii reżysera, ten po projekcji „Najlepszych najgorszych wakacji” dojdzie do wniosku, że ważniejszy jest scenarzysta. Debiut reżyserski Nata Faxona i Jima Rasha to przedłużenie świetnych #Spadkobierców, do których duet ten wcześniej napisał scenariusz wraz z Alexandrem Payne’em. Wbrew pozorom to dwie całkiem podobne historie. Problemy pozostają te same, zmieniają się jedynie konfiguracje: w tamtym filmie od bohatera oddalała się żona, w tym – matka, tam zdradzała kobieta, tu – mężczyzna, tam bohaterowie pływali w Oceanie Spokojnym, tu – w basenach lokalnego aquaparku. Niby wszystko, łącznie ze stylem obu produkcji, dobrze znane (wiadomo – wszystko już było), a jednak #NajlepszeNajgorszeWakacje ujmują świeżością.
I nie chodzi tu o postaci ani akcję, lecz wiodącą prym w filmie bezobciachową młodość. Tę uosabiają #Duncan (świetny, wycofany Liam James, znany z „The Killing”) i banda rozwydrzonych nastolatek, zmuszonych spędzić razem wakacje. Chłopak na swoich barkach dźwiga nie tylko własny introwertyzm, ale też średnio prosperujący związek matki z nowym chłopakiem (Steve Carell w zupełnie nowej odsłonie jako czarny charakter). Naturalnie, na wakacjach pozna wartościowych ludzi, którzy dadzą mu lekcję życia i pomogą uporać się z problemami. Ten zarys sztampowej fabuły w ogóle nie oddaje całego #szaleństwa, które czeka was w kinie. Na przewidywalny rozwój wypadków widz nie ma nawet czasu (ani siły) zwrócić uwagi, gdyż za bardzo angażuje go panowanie nad przeponą, którą z sadystyczną wytrwałością ćwiczą kolejne one-linery i trawestacje (za wykonanie piosenek Mr. Mister i Bonnie Taylor Akademia powinna przyznać aktorom osobnego Oscara w kategorii piosenka roku)
