Mika Vainio – ładunek 200

Ciężar gatunkowy kompozycji Fina Miki Vainio, trudny do pomylenia z innymi produkcjami elektronicznymi, już od blisko lat przechyla szalę brzmieniowej wagi na jego korzyść. Czy to we współtworzonych z #IlpoVäisänenem surowych megalitach duetu #PanSonic, czy w solowych produkcjach wydawanych pod aliasem Ø, Vainio od zawsze skupiał się na tym, jak w stalowej klatce dźwięków zamknąć drzemiące w człowieku mary i demony.

Mniej znaczy dla niego więcej, a masywne perkusje, przeszywające partie basu i metaliczne tony służą mu za środki do wywoływania trzęsień ziemi. #Prąd, nie krew, płynie mu w żyłach, techniczny rytm nadaje tempo sercu, neurony rezonują dronami. Stocznie, doki i hale montażowe – temat przewodni jego najnowszego albumu – wydają się więc jego środowiskiem naturalnym. Wwiercające się w duszę echa dźwigów i maszyn rozładunkowych przeżarła jednak rdza. Rozładunek dawno się już skończył, a w basenach i na nabrzeżu stoją tylko wraki. Jedyny statek, w którym tli się jeszcze życie, to ten sam, do którego w końcowych scenach „Przełamując falę” udała się, by złożyć ofiarę, grana przez Emily Watson #Bess. Chwytająca za gardło, dławiąca dawka mroku, który przepełnia dziesięć utworów składających się na „Kilo”, ma jednak więcej wspólnego z bezduszną automatyką maszyn niż z wyrafinowanym ludzkim okrucieństwem.

Dodaj komentarz

-->