Muzycznie Miguel tworzy dosyć tajemniczą aurę przypominającą czarny pop lat 80., jest w tych syntetycznych brzmieniach trochę neonowego blasku i magii Miasta Aniołów.
Stylizacja na okładce „Wildheart” chyba każdemu podsunie skojarzenia z Prince’em i wczesnym D’ Angelo. Ten drugi do spółki z Lamarem aktualnie zajmuje się zmitologizowanym rodowodem murzyńskich Stanów, więc młodzi mają szansę powalczyć o rząd dusz i niewieście serca. Miguel patent na podryw ma z nich wszystkich najlepszy. Na jego trzecim albumie pościelowe ballady momentami balansują na granicy wulgarności („The Valley”), kiedy indziej ocierają się o codzienny banał, którego doświadczył chyba każdy, kto choć raz był w związku (singlowe „Coffee”). Można by się tu spiąć i zarzucić piosenkarzowi, że gdy jego bracia szukają Czarnego Mesjasza, ten lirycznie wchodzi w porno-biznes.
Szczerze? Nie mam nic przeciwko, jakość i szlachetność popowej formy, w której zamknięte są te piosenki, broni się sama. Poza tym trzeba artyście oddać sprawiedliwość – ta płyta to nie tylko plątanina relacji damsko-męskich. Sporo tutaj Los Angeles i kwestii rasowych, przy czym tematy te dotyczą bardziej doświadczeń jednostki, a nie analizy całego środowiska („What’s Normal Anyway”). Muzycznie Miguel tworzy dosyć tajemniczą aurę przypominającą czarny pop lat 80., jest w tych syntetycznych brzmieniach trochę neonowego blasku i magii Miasta Aniołów. Nie brakuje funku i odważniejszych niż do tej pory zabaw z gitarą, co zdecydowanie cieszy. Całość z wyraźnie nakreślonymi melodiami to logiczna kontynuacja tego, co muzyk robił na wcześniejszych albumach. Wyjątkowo tylko brakuje walki o radiowego słuchacza, hitu, który porwałby nie tylko dziewczęce serca. Dla niektórych „Wildheart” może mieć też zbyt gęstą atmosferę, bo to faktycznie album drobiazgowo i bogato wyprodukowany, potrafi przytłoczyć. Tłumaczę sobie to tym, że to po prostu seks unosi się w powietrzu.
Zobacz także:
Na „Déjŕ Vu” otoczył się wianuszkiem wokalistek młodszego (Sia, Charlie XCX) i nieco starszego (Kylie Minogue, Britney Spears) pokolenia, które miały wzbogacić charakterystyczne kompozycje pioniera IDM. Czytaj więcej>>
Całkiem pozytywne wrażenie zaciera niestety końcówka albumu (ze szczególnym naciskiem na numer tytułowy), która ewidentnie kryje jakiś głębszy sens, ale znany jest on chyba tylko Mattowi, Christopherowi i Dominicowi. Czytaj więcej>>
„Flying Lessons” to być może pierwszy od dawna album nagrany w całości przez białasów, na którym udało się przemycić ten hermetyczny, znany zazwyczaj jedynie czarnoskórym muzykom groove. Czytaj więcej>>

