Miłe miejsce na Marszałkowskiej? Woda w banku, popołudnie w lumpeksie, kolizja na światlach – morze możliwości.
Gdy już weźmie się kredyt, kupi kilo kurtek i pas do rajstop lub futro z norek, które liniało od lat 90. w nieśmiertelnym Lordzie, lepiej jednak uciec w jedną z uliczek odchodzących od tej usługowej pustyni. Jest Żurawia, żyje Hoża, goni je Wilcza. Nie wszystkim to się podoba. Na odmalowanej pół roku temu fasadzie kamienicy jakaś drżąca, zaangażowana ręka wypisała stanowcze: „Stop gentryfikacji”. I faktycznie ostatnio coś tu ruszyło, jakby oddziadziało. Zniknął chińczyk, jest japiszońskie Secado. Zamalowano napis „Antifa znaczy wpierdol”, który łyse dzieci przyoblekły w szubienicę. Nie ma ciuchów na wagę, jest świetna Sokatra z kuchnią jemeńską. Ostał się jedynie bar LD, gdzie wciąż można spaść ze schodów, słuchając Frąckowiak. W miejscu spożywczaka powstał natomiast Wilczy Głód – mała, bezpretensjonalna knajpka w sam raz na kawę lub lunch. Na ścianach wilki, pod ścianą kelnerzy – mili, nie gryzą, doradzają. Menu raczej dla wrażliwych wilczków – zamiast mięcha doprawionego ziemniakiem są warzywa, błonnik, cytrusy i siemię lniane. Z głodem walczy się tu więc m.in. sałatą marokańską z burakiem i pomarańczą (26 zł), pastą z czerwonej fasoli z rodzynkami (14 zł), łososiem duszonym w pomarańczach z miodem (32 zł) czy roladkami z ciasta filo (27 zł). Mój własny – może nie wilczy, ale i nie zajęczy – potraktowałem menaszą, czyli zupą z czerwonej soczewicy z kolendrą (12 zł), i pierogami z dynią i kaszą jęczmienną, doprawionymi curry i, jakby inaczej, skórką pomarańczy. Zupie walka się udała – treściwa i z wyraźną nutą kolendry, gorzej z pierogiem – rozgotowanym, z farszem, którego brak smaku zrekompensować miał pomarańczowy aromat kojarzący się raczej z bombonierą. Posypka z siemienia wyjątkowego smaku też nie dodała. Lunch z zupą i drugim daniem to z kolei koszt 23 zł – przeciwników gentryfikacji nie zachęci nawet darmowa surówka. Reszta pewnie będzie usatysfakcjonowana.

