Czasami mam wrażenie, że nasze pochwały, krytyka czy kierowane do restauratorów podpowiedzi, co można zrobić lepiej, idą na marne. Wniosek ten nasunął mi się, gdy przechodziłem ulicą #Lwowską i zauważyłem kolejną bułgarską restaurację. Kilka dni później, kiedy znalazłem się w jej mocno kiczowatych wnętrzach, pierwsze wrażenie zostało potwierdzone. Poczytajmy w myślach właściciela. „Jak się od reszty restauracji odróżnić? O, zaskoczę wszystkich! Urządzę swoją restaurację dokładnie tak, jak pozostałe”. Skutek jest taki, że czujemy się, jakbyśmy nagle znaleźli się w zapomnianym przez wszystkich muzeum etnograficznym gdzieś na prowincji. Na szczęście właściciel Varny ma dużo lepsze pomysły, jeśli chodzi o jedzenie. Inne bułgarskie restauracje w stolicy mają to do siebie, że już kilka miesięcy po otwarciu jakość oferowanych potraw wyraźnie spada, a goście (a szczególnie rodowici Bułgarzy) mają problem ze zidentyfikowaniem niektórych potraw. Módlmy się, żeby ten fatalny los nie spotkał Varny. W menu znajdziemy głównie propozycje klasyczne, ale wśród dań głównych znajdziemy debiutantów – w tym pokaźną sekcję potraw z ryb. Wszystko to w zaskakująco przystępnych cenach. Na razie możemy liczyć na autentyczną w 99% kuchnię. Wiadomo, w Polsce tylko restauracje polskie są w 100% autentyczne. Tym niemniej tutejszy gulasz z wołowiną, przyprawiony tak, jakby moja babcia pracowała w kuchni, zdał egzamin na piątkę. Syty i zadowolony, tuż przed wyjściem dostrzegłem przy barze zdjęcia z miasta, które przypominało starą Warszawę, ale po takim jedzeniu wybaczyłem Varnie wszelkie grzechy dekoracyjne. [Mladen Petrov]
Varna
Warszawa
