Hiszpania na wychodne
Kiedy w dzieciństwie kaprysiłam przy jedzeniu i nie chciałam wynieść talerzyka, moi rodzice zwykli mówić: „Jan ma wychodne”. Długo nie wiedziałam, kim jest Jan, ale wiedziałam, że jego brak wiąże się z krupnikiem w talerzu, makaronem z białym serem czy znienawidzoną kalarepką. Żeby było smacznie, Jan, jak widać, jest niezbędny. W otwartym niedawno na Oboźnej tapas barze Jan zdecydowanie ma wychodne. Być może nawet nigdy tam nie został zaproszony. W końcu nie jest to prosta,polska knajpa, ale wymyślny bar z przekąskami, wzorowany na dalekim hiszpańskim kuzynie. A jak wiadomo, wszystko, co zapożyczone, niesie za sobą ryzyko niepowodzenia. W końcu klimat u nas inny, towar bardziej wschodni, a kubki smakowe zahartowane na kiszonkach. Ale bez uprzedzeń. Hasło „Polska dla Polaków” jest mi dalekie. Z nadzieją więc przekraczam progi Sueño, co po hiszpańsku oznacza marzenie senne, i liczę na to, że właśnie w nie zamieni się mój wieczór. Sen był, ale raczej koszmarek. I mimo prób wybudzenia się z niego, które polegały na domawianiu kolejnych tapasów, do końca nie udało mi się pozbyć smaku goryczy. Niezależnie od tego, czy na moim minitalerzyku lądowały kalmary (15 zł), canapés z barweną (9 zł) czy sznycelki jajeczno-boczniakowe (13 zł), wszystko smakowało podobnie. Gumowato i nijak. Nijakie było również dla oka, co dodatkowo rozczarowywało. Idea tapasów, czyli rozmaitych małych przekąsek, jest mi bliska. Można zjeść dużo i różnorodnie. Pytanie tylko, jak do różnorodności się podchodzi. Jeśli chciałabym najeść się w Sueño, musiałabym zafundować mojemu brzuchowi egzotyczną mieszankę białych kiełbasek, kurczaka, sernika z koziego sera, zupy pho i ravioli. Unia Europejska w pigułce. Pigułce gwałtu, bo tego, co Sueño robi z tapasami, inaczej nazwać się nie da. Przez tapas właściciele baru rozumieją małe porcje. Małe, złe i drogie porcje. Janie, zmiłuj się!

