Jeszcze przed ofi cjalnym otwarciem facebookowy fan page Lodów na patyku zyskał kilka tysięcy lajków. Nie ma się co dziwić, bo na stopniowo udostępnianych zdjęciach ukazywały się słodkości rodem niczym z „Alicji w Krainie Czarów” – lizaki w kształcie wąsów, kolorowe kulki z brownie, owocowe ciasta, urocze ciasteczka, no i wreszcie lody… Do wyboru, do koloru! Misiowa łapka, czekoladowe serce, tabliczka czekolady, z posypką, z polewą… Chciałoby się zjeść całą lodówkę. Podobno są pyszne, ale mało schłodzone i spadają z krótkiego patyczka. Tak mówią na mieście. My musieliśmy obejść się smakiem, bo gdy dotarliśmy na Lipową, lodówka była już pusta. Produkcja nie nadąża za popytem. Poza tym nad lokalem wisi chyba jakieś fatum, bo co chwilę pojawia się informacja o awarii prądu albo wody. Trudno odmówić właścicielom zdolności logistycznych, bo za Lodami na patyku stoją ludzie odpowiedzialni za PKP Powiśle i Syreni Śpiew. A oni wiedzą, jak się robi biznes. Na szczęście piętra lodziarni nie dotknął żaden kataklizm i mogliśmy się tam wygodnie rozsiąść w designerskiej przestrzeni, ze szklanką prosecco lanego z kija albo słynnego Warszawiaka (5 PLN). Sympatyczna obsługa serwuje też szeroki wybór win musujących, orzeźwiające napoje (8-10 PLN) i przeróżne ciasta. Nas zaciekawiło to bezglutenowe, kakaowo-pomarańczowe (10 PLN), i urocze magdalenki (1 PLN). Pycha! Podobno to dzieło pani Natalii, która szaleje w kuchni i każdego dnia przychodzi z nowym pomysłem. Żeby nie było tak słodko, są również quiche’e i tarty na słono (10-12 PLN). Miejmy nadzieje, że chwilowy kryzys zostanie szybko zażegnany, a ciągłe awarie i braki w zaopatrzeniu to tylko dobrego zły początek. [Iza Smelczyńska]
Om nom nom / cuda na patyku
Warszawa
