Niemieckie jedzenie nie należy do najbardziej subtelnych. Trochę też nie brzmi. Taki #sauerkraut kojarzy się raczej z plutonem egzekucyjnym, #eintopf to jakaś trudna do wyleczenia egzema, no i nieśmiertelne wursty, czyli coś, co – jak się wydaje – prędzej można znaleźć na trawniku, a nie w lodówce.
Ale to właśnie berlińskie kiełbasy coraz chętniej migrują do polskich fast-foodów. Ostatnio dotarły też do Bistro Berlin, niedawno otwartego przy placu Zbawiciela (swoją drogą to chyba ostatnie miejsce w Warszawie, które nie zostało opanowane przez kebabową epidemię). Na wstępie – pierwsze zaskoczenie. Bistro okazuje się sklepem o zróżnicowanym asortymencie: wódka, wódka smakowa, dużo wódki i piwo, piwo smakowe, dużo piwa. Zły adres? Rozglądam się nerwowo, bo co prawda jest środa i chętnie bym się napił, ale przyszedłem coś zjeść. Na szczęście stoi stoliczek, jest też wydrukowane menu i kuchenne oprzyrządowanie. Nieśmiało zamawiam więc currywursta (9,50 PLN) i typowo berlińskie frytki belgijskie (5 PLN). Miła pani pyta, czy pokroić, bo w Berlinie się kroi, więc tak, chcę krojoną, żeby choć zjeść jak w Berlinie, skoro czuję się trochę jak na Bemowie. Pokrojony wurst ląduje wreszcie na stoliku. I tu drugie zaskoczenie – kiełbasa jest naprawdę dobra, żadna tania biała z dyskontu, lecz – jak chwali miła pani – sprowadzana spod Berlina, w składzie 80% mięsa, a nie fosforany. Do tego dużo curry. Frytki standardowe, ale ze smacznym sosem serowym z chilli. Lepiej jednak wursta złapać przez okienko i zjeść na placu.

