Łośka Club

Warszawa ul. Sylwestra Kaliskiego 20

Na Bemowie głównie się śpi – wiem, bo robię to tu od prawie 30 lat. Można też iść na spacer tropem osiedlowych trzepaków, które nigdzie indziej nie są tak liczne, lub wzdłuż nowej estakady ekranów akustycznych. Zobaczyć disco-fontannę na starym lotnisku, na lokalnym bazarku ubrać się w butiku #ParyżWWarszawie, pościgać z wózkami na Forcie Bema lub iść spać. Można też coś zjeść – np. chińczyka jak z początku lat 90. – albo przynajmniej próbować. W ten schemat wpisuje się nowo otwarta knajpka #Łośka, która stadem czerwonych parasoli reklamowych ożywia jeszcze nieobrandowaną, okoliczną zieleń. W środku na niewielkiej przestrzeni bar i kilka stolików, cegły plus drewno, nawet swojsko, za to w łazience jak w domu – ręcznik frotté zamiast papierowego. Rowerowe skojarzenia, które nasuwa nazwa, okazują się niezbyt nietrafne. Na zewnątrz polbruk, szerokie ławy i #JonBonJovi. Trochę jak w Mielnie, tylko ceny stołeczne – #burger zje wam 16 PLN, do zestawu z frytkami potrzebna będzie jeszcze czwórka. Menu solidne: krowa, świnia i kurczak w sałacie, naleśniku lub burgerze. Biorę krowę w bule. Nie ma, „dopiero jedzie”. Nie czekam, biorę świnię – i to dużo pomyłka. Wieprzowina jest bardzo tłusta i gąbczasta, niełatwo pogryźć, szybkie przełykanie wskazane, do tego sałata lodowa, roszponka i sos jogurtowo-czosnkowy. Pomidor czy ogórek też pewnie „dopiero jadąh. Z kolei bułka miękka i pulchna, jak spulchniacz przykazał. Trochę horror, trochę przygoda na wakacjach. Ale nie ma co się pastwić – Łośka na pewno będzie miała swoje zasługi w animowaniu lokalnego życia piwno-biesiadnego. Ja na Bemowie od jedzenia nadal wolę jednak spać.

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

-->