Klub 55 będzie miał ciężkie życie. Dlaczego? Bo musi się zmierzyć z własną legendą. Od zamknięcia Piątek, które mieściły się w PKiN-ie, nie ustawały lamenty „starszych” klubowiczów, narzekających na brak własnego miejsca w stolicy (a to dzieciaki i electro, a to pojadłodajniane „indie”). Gdy pierwszy raz szedłem po schodach do nowych Piątek (taka szalona zmiana – prowadzą nie na górę, lecz w dół), czułem zapach farby, co mogło potwierdzać powtarzane na mieście zarzuty, iż Piątki są zwyczajnie nieprzygotowane do otwarcia. Jednak gdy zobaczyłem salę, zmieniłem zdanie. Mimo że mniejsze od oryginalnych, nowe Piątki wyglądają naprawdę dobrze. Drewniane podłogi, brak bezsensownych graffi ti i dziwacznych dodatków, które zbyt często eksploatują fani undergroundu. Brzmienie oczywiście świetne. Bar wysoki i naprawdę ładny, zrobiony z drewnianych klocków. Line-up jest natomiast bardzo piątkowy. Wracają Piątki w Piątkach, czyli funkująco/hiphopowe imprezy takie jak kiedyś. W soboty dobra elektronika, a w środy jamy z prawdziwego zdarzenia (czyli coś, czego w Warszawie nie można było uświadczyć od zamknięcia… 55). A więc niby wszystko OK. Klub ładny, muzyka dobra, barmani szybcy, alkohol tani, szatnia średnio sprawna, lokalizacja idealna. Po ostatnich pomyłkach z nowymi miejscówkami (mocno hajpowanymi przed otwarciem, mocno rozczarowującymi po otwarciu) Warszawa potrzebuje czegoś innego, co ją trochę rozrusza. Lokal przy Pańskiej na pewno ma potencjał, tyle że nie do końca rozumiem, po co nazywać nowy klub Piątkami. Czy właściciele stwierdzili, że łatwiej jechać na legendzie zamiast spróbować stworzyć nową jakość? Na pewno marka 55 będzie pomocna, ale może się też okazać bronią obosieczną. Oby nie. [Kacper Peresada]
Klub 55
Warszawa
