Fish and Chips

Warszawa

Jeśli byliście niedawno w Tiranie, na pewno zauważyliście, że w mieście najwięcej jest restauracji włoskich. Nie jest to spowodowane nagłym zachwytem Albańczyków kuchnią włoską, ale powrotem mieszkańców miesta z emigracji. Według tej logiki nad Wisłą już kilka lat temu można było się spodziewać ataku barów szybkiej obsługi z fish & chips w menu – jedyną pozycją brytyjskiego jadłospisu godną kariery zagranicznej. Na razie jednak jedynym miejscem, gdzie można zakosztować narodowej angielskiej potrawy, jest nowy bar szybkiej obsługi, nazwany dość adekwatnie Fish & Chips. W lokalu na kilku metrach kwadratowych zmieściło się wszystko co Anglia ma do zaoferowania w kwestii wyżywienia. Są tosty, bajgle z cream cheese, dżemy i słynny marmite (drożdżowy wyciąg, powstający jako produkt uboczny podczas warzenia piwa) i oczywiście sławetne fish & chips (14 PLN za małą porcję ze zniżką studencką). A wszystko to reklamowane hasłem „najzdrowsze wśród smacznych”. To ciekawie, zwłaszcza, gdy patrzymy na rzeki oleju, który ociekaja nawet smażone Marsy. Miejsce wygląda bardzo brytyjsko (dania jak należy zawijane są w papier), potrawy smakują jednak gorzej niż na Wyspach. Słyszałem pozytywne komentarze (świeża ryba, dobre chipsy, rozsądne ceny), ale mi osobiście czegoś brakowało. Może winegretu, którego nie było nigdzie w zasięgu ręki, a może frytki nie były wystarczająco grube, żeby je odróżnić od tych z McDonaldzsa. Pierwsze koty za płoty, ale czekamy na powrót kolejnych emigrantów. [Mladen Petrov]

Dodaj komentarz

-->