Lubię mięso, nawet jeśli zazwyczaj mam do czynienia z jego szarą odmianą oblaną szarym sosem niewiadomego pochodzenia. I nic na to nie poradzę, że od sushi wolę ozór. O ile w stolicy podroby są jednak w odwrocie, o tyle kawał mięsa serwowany w pszennej bule cieszy się coraz większym powodzeniem. Żakiety mają Butchery & Wine, po mieście w godzinach wieczornych błądzi Soul Food i spółka, które przejęły schedę po pandemii blaszanych bud z lat 90., a na Mokotowie od jakiegoś czasu rządzi #BurgerBar. O tym miejscu na ul. Puławskiej wszyscy powiedzieli już wszystko – że hipstersko i drogo, ale smacznie, względnie, że smacznie, bo hipstersko, że kolejki, ścisk, a bułki się kończą. Sprawdziliśmy to w ciepłe sobotnie popołudnie. W mikroskopijnym lokalu, który wcisnął się między kebab a hurtownię papierosów, mamy do wyboru cztery podstawowe rodzaje buł z mięchem: hamburger (18 PLN), cheeseburger z plastrem sera cheddar (20 PLN), barbecue z boczkiem (24 PLN) i ostry green chili burger (24 PLN). Ludzi w środku kilkoro, leniwa atmosfera, widmo hipsterstwa odpędzone, choć na zamówienie musimy swoje odczekać w ogródku z widokiem na konfekcję Jolka. W końcu pojawiają się na stoliku, w czerwonym koszyczku, z dodatkiem nachosów. Zaglądamy pod papier. Najważniejsze jest mięso – wołowina Angus, zwarta i soczysta, na pewno nie tłusta czy sucha, o wyraźnym smaku, smażona na bieżąco na oczach klientów, warta swojej ceny. Jest sałata, przybłąkał się pomidor. Bułek też nie zabrakło – wypiekane przez właścicieli, nie przesiąkają i zachowują równowagę między miękkością a chrupkością, co jest sporym wyczynem. Dobre to i sycące, znajome, ale dwie klasy wyżej. Najedzeni suniemy Puławską, myśląc nad tym, co wchłoniemy następnym razem: burger z Wagyu (wołowina japońska – 35 PLN) czy może ostry rosół chipotle? Nie, jednak miensooo… [Mariusz Mikliński]
Burger Bar
Warszawa
