Dwie polskie trasy koncertowe, występy za granicą i dwie wydane płyty. Tak wyglądał sezon jesienno-wiosenny 2013/2014 w wykonaniu organizatorów polskiej odsłony Match&Fuse.
Zaczęło się na jesieni. Trzy projekty – Owls Are Not, Tubax i Worldservice Project w ciągu pięciu dni zagrały w Warszawie, Bydgoszczy, Krakowie, Poznaniu i Gdańsku. Mieszanka free jazu, drum’n’bassu, postrocka wypełniła wszystkie miejscówki w ramach trasy: Powiększenie, Mózg, Strefę Kultywator i Sfinksa700 i, mimo że nie zawsze kluby były pełne, każdy kto miał okazję posłuchać utworów międzynarodowej mieszanki zanotował sobie, aby śledzić dalsze poczynania tych kapel.
Chwilę później, zaraz po Nowym Roku w sieci został ogłoszony konkurs, mający na celu wyłonienie muzyka, który dołączyłby do wyżej wymienionej trójki podczas finału M&F – festiwalu odbywającego się w Rzymie. Pięcioosobowe jury ostatecznie wybrało jako zwycięzcę nadzieję polskiej muzyki techno – Zamilską, o której zresztą mogliście poczytać w kwietniowym numerze naszego magazynu.
Zanim jednak zespoły trafiły do Włoch, w Polsce pojawił się francuski Alfie Ryner, który wraz z polskim gospodarzem Owls Are Not przygotował specjalny muzyczny projekt pod nazwą “Match & Fuse Orchestra play David Lynch”. Dwie grupy zmierzyły się z soundtrackami z trakich filmów jak “Eraserhead”, “Mulholland Drive” i oczywiście “Miasteczko Twin Peaks” tworząc własne autorskie wersje ich ulubionych utworów, które znalazły się na ścieżkach dźwiękowych legendarnego reżysera. Tym razem oprócz Warszawy i Poznania, M&F Polska objął jeszcze Łódź i Skierniewice.
Warto podkreślić, że przez cały czas trwania tegorocznego M&F koncerty zespołów były rejestrowane co zaowocowało w dwa fantastyczne wydawnictwa. Pierwsza płyta jest zapisanym wykonań na żywo produkcji każdego z bandów, który brał udział w projekcie. Druga jest esencją “Match & Fuse”. Owls Are Not, Tubax i Worldservice Project weszli razem do studia i zaczeli się remiksować. Jazz został wykrzywiony elektroniką, elektronika znalazła ujście w trąbkach, acidowe brzmienia zagrano na klawiszach i automat perkusjny uprościł bębny. Wszystko to świetnie zagrane, interesująco wyprodukowane.
Mimo, że nie każdy klub wypełnił się ludźmi i nie każdy utwór wzbudził poklask słuchaczy Match & Fuse jest nicznym innym jak sukcesem. Promując nową muzykę, dając szansę nowy zespołóm, łączy przełamując bariery. Teraz zacząć odliczanie do kolejnej edycji.


