Jeśli chcesz zdobyć jedno z podwójnych zaproszeń na film #Heli #28.01 w Warszawskim Kinie Luna.
Z tym filmem zobaczysz danse macabre Małgorzaty Rżanek
Daj nam suba na naszym Youtubie i odpowiedz na pytanie: dlaczego chcesz zobaczyć ten film?
Odpowiedzi wraz z imieniem i nazwiskiem prześlijcie mailem na adres facebook@aktivist.pl, wpisując w tytule wiadomości „heli”.
Termin nadsyłania odpowiedzi #26.01, godziny 23:59.
A czy warto wybrać się na #Heli? Pozwólcie, że damy napisać o tym naszemu redaktorowi Kubie Armacie.
Amat Escalante nie jest najlepszym ambasadorem swojego kraju. I w żadnym wypadku nie chodzi o to, że robi złe filmy. Mało tego – jest wręcz odwrotnie. Po projekcji „Heli” ze świecą szukać śmiałka, który miałby ochotę wybrać się na wakacje do Meksyku. O obrazkach z kolorowych folderów biur podróży lepiej zapomnieć, zamiast tego reżyser portretuje spowite w tumanach kurzu i pewnie kilku innych substancji miejsce, gdzie diabeł mówi dobranoc. Ów diabeł przybiera tu zresztą ludzką twarz. Raz spogląda na nas spod równo przystrzyżonego wąsa skorumpowanego policjanta, innym razem beznamiętnym, otępiałym wzrokiem młodego chłopaka, żołnierza narkotykowego kartelu. Escalante mówi o najbardziej mrocznym obliczu swojej ojczyzny, nawet jeżeli punktem wyjścia jest konwencja fabularnej bajki – w końcu katalizatorem zdarzeń jest niewinne uczucie 12-letniej dziewczynki do starszego chłopaka. Jego meksyk to kraj odarty z perspektyw i przeżartey na wskroś korupcją, to miejsce, gdzie brutalna przemoc jest chlebem powszednim. Wszystko to uderza tym bardziej, że reżyser podaje nam to zupełnie na chłodno. „Heli” niejednokrotnie szokuje, wystawiając wrażliwość widza na próbę, będąc jednocześnie obrazem zupełnie wypranym z emocji. W świecie tytułowego bohatera, prostego chłopaka, który przypadkiem znalazł się w samym środku narkotykowej gehenny, królują apatia i obojętność. Meksykański reżyser stawia na minimalizm, nie upiększa przemocy, nie dopisuje do niej żadnej ideologii, pokazując ją w sposób naturalistyczny. Obraz Escalante to rodzaj kinowej jazdy bez trzymanki, testowanie granic wytrzymałości, ale i zapowiedź dużego reżyserskiego talentu. Rzadko bowiem zdarza się, żeby podczas jednej sceny cała widownia, a zwłaszcza jej męska część, podskoczyła na fotelach jak, nomen omen, oparzona.
