Koncert inaczej

Wchodzicie do klubu. Zostawiacie płaszcz w szatni. Dopychacie się do baru po piwo. Przedostajecie się pod scenę tylko po to, żeby zaraz przed koncertem pójść do toalety i przepychać się od nowa. Na scenę wchodzi czterech chłopaków z grzywkami i chwyta za instrumenty. No właśnie, niekoniecznie tak musi być. Są koncerty, na które lepiej zamiast zatyczek do uszu i aparatu fotograficznego zabrać pościel, sztućce lub… swojego psa.

Hotel Forum w Krakowie. Relikt PRL-owskiego rozmachu architektonicznego, a obecnie największy stelaż na billboardy w całym kraju. W tej brutalistycznej scenerii zadomowiła się część imprez festiwalu Unsound. W tym roku oprócz stricte tanecznych wykonawców pojawi się tu Robert Rich – legenda ambientu i new age’u wystąpi dla… śpiącej publiczności. To będzie jego pierwszy tego rodzaju występ od wielu lat. Cykl „Sleep Concerts” narodził się bowiem na początku lat 80., kiedy to 20-letni wtedy Rich grał dziewięciogodzinne koncerty (od 22 do 7 rano) dla zaopatrzonej w śpiwory i karimaty publiki. Muzyk chciał w ten sposób, za pomocą bodźców słuchowych, pobudzić ruch gałek ocznych w fazie REM. Występy wieńczył, zwykle już po wschodzie słońca, recital fortepianowy, po którym Rich częstował zgromadzonych gości herbatą. Wprawdzie naukowe podstawy tych eksperymentów nie zostały do końca zweryfikowane, ale relacje z samych doznań dźwiękowych mówiły o lawirowaniu pomiędzy snem i jawą oraz odczuwaniu muzyki na innym poziomie niż na co dzień.

Psy i kotlety

Galeria niezwykłych występów na tym się nie kończy. Warto przytoczyć chociażby pamiętny koncert Matthew Herberta podczas inauguracji zeszłorocznego Off Festivalu. Brytyjczyk, razem z czwórką kolegów, zaprezentował wtedy materiał z albumu „One Pig”, złożonego wyłącznie z dźwięków wydawanych przez świnię, której całe życie, od narodzin do trafienia na talerze w brytyjskich domach, zostało udokumentowane. Muzycy, posługując się kablami rozpiętymi pomiędzy czterema statywami, które konstrukcją przypominały zagrodę, modulowali dźwięki składające się na ten kolaż. Najbardziej niezwykła część rozpoczęła się w momencie symbolicznej sceny zarżnięcia tucznika. Wtedy do podświetlonych, stojących za muzykami pulpitów podszedł kucharz, który zaczął smażyć kotlety. Smakowite zapachy szybko zaczęły się roznosić po sali Centrum Kultury, a zaraz po zakończeniu występu Herbert sam rozdał publiczności półmiski z wieprzowiną w sosie grzybowym i z podduszoną kiszoną kapustą. Danie było wyśmienite, ale smakowało dobrze tylko do momentu, w którym zdaliśmy sobie sprawę z ironicznej wymowy tego gestu. Są jednak występy, na których żadnemu zwierzęciu nie stała się krzywda. Przeciwnie, zostały one wyróżnione. W 2010 r. podczas jednego z australijskich festiwali Laurie Anderson, żona Lou Reeda, zagrała koncert przeznaczony… dla psów. Oryginalnie, cała kompozycja miała zostać zagrana przy użyciu tonów niesłyszalnych dla ludzkiego ucha (generowanych na podobnej zasadzie, co w przypadku gwizdka na psy), ale ostatecznie zdecydowano się ją zagrać tak, by opiekunowie czworonogów także mogli ją kontemplować. Występ trwał jedynie 20 minut, bo, jak twierdzi Anderson, „psy zwykle nie potrafią się skoncentrować zbyt długo”. Sam lider Velvet Underground także stawił się na koncercie razem z suczką Lolabelle, na której wcześniej zostały przetestowane utwory. Podobno publika wyła z zachwytu.

Wśród publiki

Euforyczny nastrój często udziela się najbardziej oddanym słuchaczom i materializuje w postaci rozmaitych akcji fanowskich. Wiecie, układanie kartek w biało-czerwoną flagę, wyciąganie zapalniczek czy przynoszenie przeróżnych rekwizytów (np. wielkie kartonowe diamenty na koncercie Rihanny zasłaniające widok wszystkim pozostałym). Takie inicjatywy wypadają zwykle równie wzruszająco, co klaskanie po udanym lądowaniu samolotu. Tego typu akcje na nowy poziom przeniósł jednak Dan Deacon – hiperaktywny muzyczny eksperymentator o aparycji informatyka z agencji reklamowej. Amerykanin wkłada w swoje koncerty mnóstwo pasji i zwykle gra razem z całym sprzętem wśród publiczności (nawet na największych festiwalach). W zeszłym roku opracował aplikację na iPhone’a i Androida pozwalającą każdemu uczestnikowi stać się częścią jego show, zamieniając przy tym smartfony w użyteczne narzędzie, a nie puszki kręcące filmy nieoddające w żaden sposób atmosfery koncertu. Ekrany telefonów wyświetlają zatem wizualizacje, z głośników leci muzyka, a wszystkie efekty są ze sobą skoordynowane. To jednak nie koniec atrakcji. Deacon jest też znany z innych niekonwencjonalnych pomysłów. Na jego show składają się elementy stand-upu i, uwaga, konkursy tańca, w których publika zawsze chętnie bierze udział. To chyba lepsze niż klaskanie do rytmu, prawda?

Pełna wersja artykułu w naszym magazynie.

Dodaj komentarz

-->