Żeby najpełniej zrozumieć czwarty solowy album #AnnieClark, najlepiej zacząć od uważnego zapoznania się z okładką. Piosenkarka w odmienionym, ekscentrycznym jak nigdy anturażu spogląda na nas dumnie, wywołując uczucie poddańczego uniżenia.
Decyzja, by w tytule longplaya po prostu użyć nazwy projektu – jakkolwiek banalne i zachowawcze by się to nie wydawało – najpełniej oddaje cel, jaki wokalistka przed sobą postawiła: pełne wyrażenie swojej artystycznej osobowości. A ta jest wyjątkowo fascynująca: #StVincent opiera się w dużej mierze na szaleńczych kontrastach, żeniąc z sobą cyfrowy #funk, barokowe aranżacje czy zapał godny najbardziej zajadłej #riotgrrrl. To wyraz bipolarnej, ale pięknej w całym swoim skomplikowaniu natury Annie Clark. Znamienny jest też fakt, że dwie najlepsze kompozycje na płycie są od siebie najbardziej odległe stylistycznie: powolne, pełne niebańskiego spokoju, przepiękne #PrinceJohnny i brawurowe, zatopione w obłędnym groovie „Bring Me Your Loves”. W całej tej stylistycznej żonglerce St. Vincent osiągnęła idealny kompromis.
#StVincent
„St. Vincent”
#LomaVista
