Jazz bez

Bohren und der Club of Gore od dwóch dekad uprawiają swoistą odmianę soudtrackowego slow-motion-noir-jazzu.

)

Długie, niekiedy sięgające kilkunastu minut utwory, wybijany najwyżej raz na parę sekund ociężały rytm, oszczędnie dozowane dźwięki organów, wibrafonu, czasem liryczne frazy saksofonu – zespół doskonale opanował sztukę budowania sugestywnego, nostalgicznego, mrocznego, a zarazem przyozdobionego elementami egzotyki nastroju. Granie takiej muzyki wymaga nie lada wyczucia – łatwo osunąć się w nieznośne nudziarstwo. Na swych dotychczasowych płytach Niemcy zwykle zdawali się rozumieć, że im mniej nut, tym każda staje się ważniejsza, a im bardziej muzyka zwalnia, tym bardziej trzeba być uważnym i wyczulonym na najdrobniejszy szczegół. Dotąd potrafili utrzymać napięcie. Tym razem – choć od strony formalnej wszystko jest niby po staremu – całość okazuje się bardziej rzewna i gładka; ulotnił się niepowtarzalny, ciemny, osaczający słuchacza klimat znany z wcześniejszych albumów. Wypełniającym „Piano Nights” statycznym, flegmatycznie rozwijającym się, chłodnym impresjom o ilustracyjnym posmaku często brak dramaturgii. Momentami brzmią jak zagubiona płyta z klasycznego okresu ECM-u, puszczona na bardzo zwolnionych obrotach. Zapewne wielu doceni tę melancholijno-oniryczną atmosferę, ale nie da się ukryć, że to najmniej wyrazisty i najbardziej usypiający krążek formacji.

Dodaj komentarz

-->