„Hardcore Henry” – zabili go i uciekł

„Hardcore Henry”
reż. Ilya Naishuller

Tak to mniej więcej wygląda w pełnometrażowym debiucie twórcy teledysków i frontmana zespołu Biting Nails Ilyi Naishullera. Filmu w równej mierze irytującego, co zabawnego, którego już sama czołówka mogłaby śmiało obdzielić kilka innych tytułów scenami drastycznej przemocy. Ci co bardziej wrażliwi widzowie w tym momencie powinni opuścić salę kinową, a reszta? No cóż, wchodzi w mocno poroniony świat „Hardcore Henry’ego” na własną odpowiedzialność.

O tym filmie głośno było już od dawna, a to za sprawą rzekomego formalnego nowatorstwa. Oto bowiem po raz pierwszy na wielkim ekranie dostajemy historię przedstawioną z punktu widzenia bohatera (i to dosłownie!). Patrzymy na świat jego oczami, kiedy on rusza ręką, to tak jak my byśmy ruszali, a gdy dostaje w twarz, to plujemy krwią razem z nim. Efektowne. Ale przez 15 minut, bo gdy minie element zaskoczenia, to czujemy się tak, jakbyśmy przenieśli się do lat 90. i grali w Wolfensteina, tylko że z lepszą grafiką i na większym ekranie. W chwilach kiedy wydaje się, że nic już nie pomoże filmowi Naishullera, ratuje go poczucie humoru (oraz oryginalne wykorzystanie znanego przeboju grupy Queen). To naprawdę jest tutaj wyborne.

Choć jego udziałem nie jest raczej główny bohater, ponieważ cyborg Henry najzwyczajniej nie mówi. Wiele mówi za to Jimmy (w tej roli Sharlto Copley), jego kompan i drogowskaz na drodze do zemsty i zaprowadzenia ładu. Bo o to na dobrą sprawę w tym filmie chodzi, a czarnym charakterem jest obdarzony zdolnością telekinezy jasnowłosy Akan, terroryzujący okolicę. Brzmi trochę niedorzecznie? Pewnie tak. Nie ma co ukrywać, że fabuła jest raczej pretekstowa, ale przecież nie o nią tu idzie. Ma być szybko, efektownie i brutalnie. I tak właśnie jest, tylko do końca nie wiadomo, czy to dobrze, czy źle.

Znany reżyser z Korei Południowej Park Chan-wook nakręcił kiedyś film „Jestem cyborgiem i to jest OK”. Pokonujący, a może raczej eliminujący kolejne przeszkody Henry ma pewnie na ten temat swoje zdanie. W filmie, w którym bardzo szybko przekonujemy się, że nie tylko koty mają siedem żyć. Z „Hardcore Henrym” jest jak z grą komputerową z włączonym trybem nieśmiertelności. Niby przejście jej sprawia przyjemność, ale jednak nie do końca.

obsada: Sharlto Copley, Tim Roth, Haley Bennett, Andrey Dementev
Rosja/USA 2015, 90 min
Monolith Films, 8 kwietnia

Dodaj komentarz

-->