Czemu wciąż jest czwartek?

foto Kobas Laksa (Kayax)

Marcin Zabrocki ostatnie dwa lata spędził w lesie. Zmęczony miastem, rozstaniem z Heyem, musiał wyjechać. Las najwyraźniej dobrze mu zrobił, bo we wrześniu Marcin wydał bardzo dobrą debiutancką płytę zatytułowaną „1+1=0”. Debiutancką, choć Marcin na polskiej scenie znany jest od lat. Do tej pory jednak działał raczej w cieniu innych. Był współtwórcą pomysłów muzycznych i sukcesów zespołów Mr Zoob, Pogodno, BiFF czy Hey, z którym współtworzył płytę „Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan”. Współpracował m.in z Markiem Dyjakiem, Robertem Brylewskim oraz Mister D., czyli Dorotą Masłowską. Komponuje także muzykę teatralną i filmową, jest twórcą instalacji elektroakustycznych.

Dzisiaj premierę ma kolejny singiel z jego albumu – „Czemu wciąż jest czwartek?” z gościnnym udziałem Kasi Nosowskiej. Teledysk nakręcił Duńczyk Mads Nygaard Hemmingsen, znany z wcześniejszej współpracy z m.in. Czesławem Mozilem.

Z tej okazji publikujemy fragment wywiadu z Marcinem, w którym opowiada m.in. o meblach, których nie zrobił, dziadku Leonie i życiu po Heyu.

Gdzie byłeś, jak cię nie było?

Ostatnie dwa lata spędziłem w lesie. Zmęczyłem się miastem, rozstałem się z Heyem, musiałem wyjechać, odpocząć. Musiałem też przepracować kilka kluczowych spraw. Miałem problem w relacjach z ludźmi, z grupą. Tłukłem się, walczyłem z całym światem, no, bez sensu. Ale też jako muzyk doszedłem do miejsca, w którym kompletnie nie wiedziałem już, co mam dalej robić. Stanie na scenie przestało mnie bawić, poczułem, że doszedłem do ściany. W trakcie koncertów większość energii i myśli szło na to, by się nie powtórzyć, zamiast się cieszyć i bawić tym, że grasz muzykę. Myślisz: „to już grałem, to już było, to też już grałem”.

Co cię tak zmęczyło?

Dźwięk. Wszystko okazało się muzyką. Szuranie, stukanie, szum ulicy, remont u sąsiada… Wszystko. Odczuwałem fizyczny ból, słuchając radia. Nie mogłem znieść kompresorów ponakładanych na głosy lektorów. Doprowadzało mnie to do szału, bolała mnie głowa, zaczynałem się trząść, działy się ze mną przedziwne rzeczy. Odkryłem, że mogę wytrzymać tylko w lesie, albo chodziłem z zatyczkami w uszach i w słuchawkach dla robotników pracujących przy ciężkim sprzęcie. Muzyka przestała mnie bawić.

Ciężko jest pewnie wymyślić, co ze sobą począć „po Heyu”.

Nie widziałem wtedy trzeciej drogi. Muzyka mnie nie bawiła, więc wymyśliłem, że rzucę to w cholerę i będę robił meble. Miałem już nawet partnera biznesowego… To mogłoby być nawet zabawne. Na szczęście nic z tego nie wyszło. Zacząłem intensywną terapię i w końcu zacząłem też pisać piosenki.

I jak się do tego zabrałeś?

Piosenki zostały napisane w sposób „analogowy”, najprościej jak się da, czyli pianino, kartka i ołówek. Na tym etapie w ogóle nie używałem komputera. Chciałem uniknąć sytuacji, kiedy piosenka jest składana z dziesięciu różnych pomysłów posklejanych ze sobą w programie komputerowym. Chciałem, żeby każdy utwór był organiczną formą, którą da się wykonać na gitarze przy ognisku, a jak będzie taka potrzeba, to i z akompaniamentem big bandu.

Doszedłeś też do ładu z ludźmi – bardzo wielu gości wspomaga cię na płycie.

Mam wspaniałych przyjaciół, którzy pomogli mi nagrywać tę płytę, choć na początku myślałem, że zrobię ją sam z drugim producentem. Ostatecznie w pracy nad albumem wzięło udział ponad 20 osób i mam poczucie, że nie ma tu zbędnych elementów.

Od początku planowałeś umieścić na płycie dziadka?

Dziadka nagrałem ponad 20 lat temu na kasetę magnetofonową. I nigdy później nie słuchałem tego nagrania, bo bardzo się bałem tej konfrontacji – dziadek był dla mnie bardzo ważną i bliską osobą. Wszystko ma swój czas. I przy tak osobistej płycie nie mogło zabraknąć przecież dziadka Leona. Pierwsze słuchanie taśmy to był emocjonalny wstrząs. Poczułem się znów jak mały chłopiec. Minęło trochę czasu, zanim wyobraziłem sobie odpowiednią oprawę – gawędę małej, dętej orkiestry i mandolin, które towarzyszą historii opowiadanej przez dziadka. Wspólne oddechy, bez pośpiechu. Udało się to świetnie zarejestrować na żywo w studio.

I jest banjo!

Banjo wymyślił mój przyjaciel Dżordż. Mieszka w Toruniu i jest kognitywistą. Poznaliśmy się dawno temu na ulicy w Londynie, wspólnie mordowaliśmy kraby w Norwegii. I to on mi powiedział: „Stary, musisz mieć banjo na płycie!”. Czasami życie jest łatwiejsze, gdy ktoś za ciebie podejmuje decyzje, więc stanęło na banjo i jest ono jednym z dominujących instrumentów na płycie i na koncertach.

foto Kobas Laksa (za zgodą Kayax)

Ostatni utwór na płycie śpiewasz z córką.

Do tej piosenki tekst, przepiękny tekst, napisał Budyń. Muzyka już była i od początku chciałem ten numer zaśpiewać z Olgą. Piosenka jest o tym, że choć wielu z nas jest zmęczonych i zniechęconych, że choć wielu rezygnuje z ideałów na rzecz konformizmu, a zewsząd opluwają nas jadem, to dopóki potrafimy się cieszyć bliskością drugiego człowieka, ten świat ma szansę przetrwać (Jacek, wybacz, że robię ci analizę tekstu). W ogóle praca nad tą płytą była niekończącą się serią doświadczeń dobrej woli, sytuacji bardzo intymnych, bliskich, wręcz magicznych.

Ale później trzeba wyjść na scenę i śpiewać o tych intymnych sprawach, opowiedzieć je obcym ludziom, podzielić się z nimi słowami zarezerwowanymi dla najbliższych, odtworzyć magię. Musisz mieć w sobie dużo pewności, ale i coś z ekshibicjonisty.

Nie, ja po prostu nie przewidziałem konsekwencji tego, że napisałem piosenki i je zarejestrowałem na płycie. Naprawdę. Wiedziałem, że chcę ją nagrać i chcę ją wydać, ale nie pomyślałem o tym, że później będę się musiał ładnie ubrać, wyjść na scenę i śpiewać. Zapomniałem o tym. A teraz jest za późno. Zobaczymy, co na to ludzie.

[rozmawiał: Michał Kukawski]

3 komentarze

Dodaj komentarz

-->