R. Kelly
#BlackPanties
RCA
A!A!A!
#RobertKelly to facet z bogatym CV. Jest reżyserem, producentem, scenarzystą i odtwórcą ponad połowy ról we własnej telenoweli. Próbował poślubić 15-letnią wtedy #Aaliyah, nagrał utwór w podzięce chirurgowi, który zoperował jego migdałki, firmował swoją twarzą rejsy po Morzu Karaibskim, a jego największy hit ukazał się na soundtracku do „Kosmicznego Meczu”. W całym tym bezdennym morzu absurdu łatwo przeoczyć fakt, że R. Kelly jest w istocie bardzo muzykalnym i uzdolnionym twórcą. #BlackPanties, jego 12. solowy album, to powrót do nowoczesnego R&B – a pamiętajmy, że podczas gdy #Kelly oddawał się retromaniackim wojażom, na scenę wkroczyli samozwańczy odnowiciele gatunku: #Miguel, #FrankOcean czy #The Weeknd.
W tym zestawieniu reprezentujący Chicago weteran wypada zaskakująco rześko – pod warunkiem, że zaakceptuje się absurdalną do przesady konwencję. Na „Black Panties” składają się bowiem zarówno vocoderowe orgie, jak i numery o zdecydowanie bardziej intymnym charakterze, a R. Kelly odhacza kolejne pozycje ze swojego bogatego zbioru nomenklatury i metaforyki okołoseksualnej. Muzycznie #BlackPanties to jednak rzecz niezaprzeczalnie dobra, prowadzona świetnymi wokalnymi popisami i przyjemnymi podkładami. Poza tym jakoś nie umiemy ukryć dziwacznej sympatii do Kelly’ego – mimo wszystkich moralnych brudów, które ma na sumieniu.
