Przekonywanie niektórych, że płyta w całości instrumentalna zasługuje na najwyższą ocenę, może czasem przypominać dyskusję z prawicowcem na temat legalności marihuany. No bo w końcu jak nie ma „piosenek”, to nie jest to muzyka, tylko jakieś tam popisy. Tymczasem czwarta (wbrew przewrotnej nazwie) płyta brazylijskiego kolektywu Bixiga 70 kipi od hitów jak ulice Rio w trakcie karnawału i uwierzcie mi, że w przeciwieństwie do marihuany uzależnia.
Funk, afrobeat, jazz, samba, a nawet cumbia. Koktajl gatunków na „III” jest tak spektakularny, że mógłby się wydawać niestrawny. Jednak jest to impreza z gatunku tak dobrych, że o najmniejszym kacu nie może być nawet mowy. Zresztą przy takim poziomie muzyków byłoby to chyba wprost niewyobrażalne.
Dziesięcioosobowy (!) kolektyw ma takie wyczucie, że chyba nie byłoby dla niego wielkiej różnicy, czy akompaniowałby wskrzeszonemu Sinatrze, czy topowej szkole samby. Łączy style, klimaty, nastroje i emocje w tak naturalny i lekki sposób, że można się pogubić.
Raz panowie są grupą grajków w wykrochmalonych koszulach i lakierkach, a kiedy indziej ekipą ziomków z ulicy grającą gdzieś na chodniku. Ale z takimi umiejętnościami chyba nie da się inaczej. Można długo rozwodzić się na temat tego jak grają poszczególne sekcje, ale warto przede wszystkim zwrócić uwagę na to, że jest to pierwsza od dawna płyta w gatunku z tak wyraźnie wyeksponowanymi i spektakularnie zagranymi gitarami. Nie odstaje też perkusista, który gra tak, jakby miał cztery ręce, a to, co wyprawia na werblu w „Niran”, to jest po prostu poziom światowy. Klawisze w „Machado” to z kolei futurystyczny ukłon w stronę tytanów z The Budos Band, a oniryczny klimat, który organy wprowadzają w „Mil Vidas” to coś dla wielbicieli lat 70.
Dużo tego, bardzo dużo. I już nie wiem, czy jest sens się bardziej rozwodzić, bo tego po prostu nie da się opisać słowami. Jeśli jesteście wielbicielami takiego grania albo nie boicie się charakterystycznego brzmienia trąbek, to po prostu nie możecie ominąć nowego albumu Bixiga 70.

