Shye Ben Tzur, Jonny Greenwood and the Rajasthan Express – majstersztyk z Indii, w którym maczał palce Jonny Greenwood

Shye Ben Tzur, Jonny Greenwood and the Rajasthan Express
„Junun”

Indie to kraj, który ma chyba więcej twarzy niż wszyscy wyznawani w nim bogowie razem wzięci. Tak samo jest z indyjską muzyką. Wszechświat skonstruowany z tysięcy tradycji: kirtan, sufickie śpiewy, bhangra, indyjska muzyka klasyczna (tak inna od tej w europejskim rozumowaniu)… Życia nie starczy, by to zgłębić. Jest jednak pewien człowiek, prawdziwy lew Syjonu i muzyczny wojownik, potomek Dawida, który z harfą w dłoni powtórzył mityczną wędrówkę Jezusa z Palestyny do Indii i nawet jeśli nie znalazł tam Boga, to zebrał całkiem fajną orkiestrę, która właśnie nagrała jedną z najbardziej niesamowitych płyt roku.


Większość informacji prasowych skupia się na tym, że w grupie, która zgromadziła się na sesji nagraniowej w radżastańskim forcie Mehrangarh, jest Jonny Greenwood. Gitarzysta Radiohead to motor napędowy promocji tego albumu, ale też chyba jego najmniej istotne ogniwo. Wystarczy zerknąć na zwiastun promującego płytę dokumentu (wyreżyserował go Paul Thomas Anderson), by zobaczyć, że Greenwood siedzi w cieniu i po prostu gra swoje.

Prawdziwą gwiazdą, pomysłodawcą i kompozytorem większości materiału jest wspominany na początku izraelski pielgrzym – Shye Ben Tzur. Muzyk przez wiele lat studiował klasyczną suficką muzykę, a skompletowanie dziewiętnastoosobowej orkiestry pod nazwą The Rajasthan Express wydaje się jednym z najlepszych momentów w jego bogatej karierze.

Stara rabiniczna legenda mówi, że wszyscy, którzy usiłowali zobaczyć Boga, musieli zwariować. Ben Tzur chyba postanowił ograniczyć słuchaczom cierpienia i zaklął w dźwięk niesamowitego ducha, którego spotkał na swojej drodze. Opisywanie tego wszystkiego słowami nie ma większego sensu, bo jedyne, co przychodzi mi do głowy, to przypisywany Zappie cytat o „tańczeniu o architekturze”. „Junun” to prawdziwy ocean dźwięku i emocji. Od mistycznych uniesień spod znaku tradycji sufickiej w hipnotycznych „Hu”, przez wyśpiewywane ponad podziałami religijnymi wyznania boskiej miłości w „Allah Elohim”, po przypominające transowe hinduistyczne mantry „Chala Vahi Des”.

Do tego iście „dyskotekowa” bhangra, która totalnie powala w „Julus”. Melodia grana przez sekcję dętą mogłaby spokojnie zostać wysamplowana jako podkład kolejnego bollywoodzkiego hitu. Zresztą po co samplować? Zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie wąsatych pendżabskich maczo uciekających przed goniącymi ich z klapkiem w dłoni niewiastami. Prawdziwie indyjskie szaleństwo!

Gdzieś w tle majaczy Greenwood ze swoimi bajkowymi samplami, które w przypadku tak bogatej produkcji wydają się być zaledwie delikatnym ozdobnikiem. No, ale prawdziwych artystów poznaje się po tym, że kiedy trzeba, chowają ego do kieszeni i usuwają się w cień przed tymi, którzy mają do powiedzenia coś więcej. A w tym roku najwięcej do gadania mają Shye Ben Tzur i Rajasthan Express.

Dodaj komentarz

-->